Mój blog foto

Kalendarium

Listopad 2018
P W Ś C P S N
« wrz    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Kategorie

Archiwum

Nasza-Klasa.pl

Moje Linki

Moje podróże 02 - Rosja, Mongolia, Chiny 2006.

9 lip 2009. Autor: zbistel

Rosja, Mongolia, Chiny.

Opis wyprawy.

22.05.2006 - 20.06.2006

Wstęp

Minął niemal rok od naszego ostatniego urlopu, od wyjazdu na Ukrainę. To po tamtej przygodzie przyszła pierwsza myśl na coś jeszcze większego, na wyjazd jeszcze dalszy, na postawienie wszystkiego na jedną kartę. Na zagranie vabanqe. Przyszedł czas na Mongolię i Chiny. I chociaż do samego końca nie byliśmy pewni, czy wszystko wypali, wszystko wyjdzie, to jednak przez cały ten czas uparcie dążyliśmy do wytyczonego celu. Jedni koledzy pukali się w czoło, inni nie wierzyli w te nasze ambitne plany, inni myśleli, że nie starczy nam zapału, to jednak większość była z nami, pomagała nam, wspierała nas chociaż dobrym słowem, trzymała za nas kciuki. Bo cel, jaki sobie postawiliśmy był nie tylko ambitny, był pionierski na nasze warunki. Pomimo poszukiwań w kręgu naszych bliższych i dalszych znajomych, nie udało nam się znaleźć nikogo, kto byłby już po wyprawie w tamte strony. Udało nam się wprawdzie spotkać z pewnym gdyńskim kolejarzem, ale był on w Chinach jeszcze 10 lat temu i jego informacje były dosyć mocno przestarzałe. Ale to okazało się dopiero po naszym pobycie w Pekinie. Tak więc, jadąc w tak egzotyczną podróż byliśmy zdani wyłącznie na siebie. Muszę w tym miejscu dodać, że bardzo pomogły nam informacje, jakie uzyskał Andrzej od pewnego Chińczyka prowadzącego w Gdyni chińską restaurację. To on dał Andrzejowi m.in. adres w miarę taniego hotelu w centrum Pekinu, w którym to zatrzymaliśmy się. Bez tego nasza eskapada na pewno okazałaby się o wiele droższa. Ale szczęście sprzyjało nam od początku do samego końca. Zapłaciliśmy wprawdzie w niejednym przypadku „frycowe” za to, że byliśmy pierwsi, ale uważam, że było to konieczne. Teraz jesteśmy mądrzejsi o te nasze doświadczenia, następnym razem, jeśli jeszcze do niego dojdzie, w wielu przypadkach nie damy się już oszukać. Bo i do takich sytuacji dochodziło.

A więc do rzeczy, opowiem jak to było po kolei.

22 maj 2006 roku. Poniedziałek. Godzina 4.50, Gdańsk. Wsiadam z Iloną do warszawskiego ekspresu, który zawiezie nas na przesiadkę do Warszawy. Wyruszamy w podróż naszego życia. W kieszeni mamy trochę dolarów i euro, karty VISA, paszporty i wizy oraz kolejowy bilet na podróż do Mongolii i Chin, do Ułan Bator, Pekinu, Xian i Chengdu. Taki mamy plan podróży, taką mamy marszrutę. Ciągle jeszcze nie wiemy czy jechać bezpośrednio do Pekinu czy wysiąść w stolicy Mongolii. Jadąc taki kawał drogi, tyle tysięcy kilometrów, dobrze byłoby poznać stolicę tego egzotycznego dla nas kraju. Jest jeszcze jeden tego powód. Tabakierka do tabaki dla Andrzeja, zatwardziałego „zażywacza” tej używki. Podobno można tam bez trudu dostać tego typu gadżety. Co wyjdzie z naszych planów – zobaczymy?

W naszym pociągu od Gdyni jedzie już Andrzej z żoną, dosiadamy się do nich. Andrzeja znam od wielu lat, pracujemy przecież razem. Ale nie znamy jego żony, towarzyszki naszej podróży. Jaką kobietą się okaże? Wcześniej nie było okazji się poznać. Musimy wierzyć, że wszystko ułoży się dobrze, że nie będzie dochodziło do scysji czy nieporozumień. A pierwszy, miły objaw tego, że wszystko będzie dobrze to to, że zanim zauważyłem Andrzeja widzę, że ktoś do nas macha z okna, uśmiecha się. To musi być Ela. Odpowiadamy tym samym, wsiadamy do przedziału, poznajemy się formalnie i jedziemy. Andrzej i Ela są zdziwieni ilością naszych bagaży. Oni mają tylko po plecaku, my oprócz nich mamy jeszcze dwie naładowane torby. Co wy ze sobą wieziecie? I po co? Prowiant na drogę na najbliższe dni. Wyczytaliśmy wprawdzie, że wszystko można kupić podczas tej podróży na peronach, ale jednak coś tam ze sobą wziąć trzeba było. Nasi współtowarzysze inaczej podeszli do tej kwestii niż my. Każdy ma swoją filozofię podróżowania. Ale to, co mamy w torbach na pewno się nie zmarnuje. Damy temu radę.

W przedziale jest dosyć ludzi, wszystkie miejsca zajęte. Dziewczyny zajmują się rozmową z sobą, poznawaniem siebie, paleniem. Ja z Andrzejem nie palimy, znajdujemy wolny przedział, możemy tu w spokoju, przy pierwszym dzisiaj piwku snuć plany na najbliższe godziny i dni. Bo Andrzej to zatwardziały piwosz, gdziekolwiek bywa, a podróżuje dużo, wszędzie musi spróbować miejscowego piwa. Zresztą, nie tylko piwa, również pożywienia czy napojów. Dobra, zdrowa zasada. Tej zasadzie podobno jeszcze nigdy się nie sprzeniewierzył. I tak będzie podczas tej wyprawy. A mi pozostaje dotrzymywać mu towarzystwa. Dobrze, że lubię piwo, dobrze, ze tez mam zamiar żywic się tylko miejscowymi specjałami. Najważniejszy dla nas problem na najbliższy czas, to dostać w Moskwie miejscówki na jutrzejszego transsybira. Nie udało nam się ich kupić w Kaliningradzie, wyjazd tam okazał się całkiem niepotrzebny a koszty zbędne, nie było to jednak jedyne „frycowe”, jakie zapłaciliśmy za naszą niewiedzę. Ale cóż, nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. My w sprawie miejscówek już nic nie możemy zrobić, możemy tylko czekać i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze. I tę nadzieję mamy. Bez niej zresztą trudno byłoby zrealizować naszą podróż. Nadzieja nieraz nam pomagała, podtrzymywała nas na duchu, dodawała otuchy. Bo jeśli zabraknie w Moskwie dla nas miejscówek, co wówczas? Czekać tydzień na następny pociąg? Wracać do domu jeszcze przed dobrym początkiem wyprawy? To byłby dopiero wstyd i powód do drwin. Mamy plan awaryjny. W takim przypadku kupujemy miejscówki na najbliższy pociąg jadący w stronę granicy rosyjsko – mongolskiej, do Irkucka nad Bajkałem. Tam pociągi jeżdżą codziennie. Tam będziemy myśleć, co dalej. Mamy 10 dni na opuszczenie terytorium Rosji (takie są przepisy wizowe, powrót to również 10 dni czasu na przejazd przez ten kraj).

Podróż do Warszawy minęła bez szczególnych wydarzeń, poznaliśmy się z Elą. Okazała się bardzo miła i fajna. Chyba się kobiety nie pokłócą, bo i o to baliśmy się. Różnie to w życiu bywa. Ale gdy obie strony nie szukają zwady, wówczas jest dobrze. W naszym przypadku było dobrze od samego początku.

W Warszawie na dworcu wschodnim mamy ponad godzinę czasu do odjazdu pociągu moskiewskiego. Miejscówki na niego kupiliśmy parę dni wcześniej jeszcze w Gdańsku, nie musimy więc teraz zaprzątać sobie tym głowy. Dziewczyny siedzą przy kawie pilnując bagaży, a ja z Andrzejem podjeżdżamy jeszcze na stadion po ostatnie zakupy przed podróżą i na pierwszą „chińszczyznę” podczas tej wyprawy. Andrzej nieraz tu tym się żywił, dla mnie był to pierwszy raz. Ale i Andrzej, pomimo doświadczenia, nie je jeszcze pałeczkami. Za trudne. Czy po powrocie to się zmieni? Zobaczymy. Jest tego mięsa i bardzo ostrego sosu (tak jak lubię) tak dużo, że z ledwością daję radę to zjeść. Przez najbliższe godziny nie muszę się dożywiać. Kolejne piwo pozwala na spokojne ułożenie tej chińszczyzny w brzuchu. Jeszcze tylko wymiana paru złotych na ruble i szybki powrót na dworzec. Wchodząc na peron pociąg nasz jest już podstawiony. Zajmujemy miejsca w dwóch trzyosobowych przedziałach i jedziemy dalej. Ja z Andrzejem jedziemy sami, dziewczyny maja współtowarzyszkę podróży. Większość czasu spędzamy w naszym, samodzielnym przedziale snując plany i układając plan działania. Jeszcze przed granicą okazuje się, że nasze ciężkie torby są bardzo przydatne. Zawsze znajdzie się w nich coś na zaspokojenie i głodu i pragnienia. Od początku do końca torby robią się coraz lżejsze, ciągle z nich coś ubywa. Taka właśnie miała być ich rola.

Kontrola graniczna na pierwszej naszej granicy (podobnie będzie do końca podróży) minęła bez szczególnych emocji. Nic wszak zabronionego nie wywozimy, nie mamy się czego bać, jesteśmy 100 procentowymi turystami.

Stacja Brześć po rosyjskiej stronie granicy, to miejsce wymiany zestawów kołowych na szersze, dostosowane do rosyjsko – mongolskich warunków. Następna tego typu operacja będzie miała miejsce w Chinach, w Erlanie, zaraz po przekroczeniu granicy mongolskiej. Ale to jeszcze długo, długo przed nami. Operacja w Brześciu odbywa się w hali, a pasażerowie, jeśli tylko chcą, mogą wyjść z pociągu i przyglądać się tym działaniom. Dla nas, kolejarzy, to nic nowego, dla innych to dodatkowe emocje. Najpierw wymieniane są polskie sprzęgi śrubowe łączące wagony na samoczynne, rosyjskie. Potem wagon wraz z pasażerami, lecz bez zestawów kołowych, zostaje na jakiś czas uniesiony z 1,5 metra nad ziemię. Po chwili stare wózki odjeżdżają a na ich miejsce wjeżdżają nowe, już szersze. Po opuszczeniu wagon jest gotowy do dalszej drogi.

Podczas tej operacji poznaliśmy na hali pewnego Mongoła, który zagadał do nas po angielsku. Od słowa do słowa okazało się, że człowiek ten zna dosyć dobrze język polski. Jest lekarzem, neurologiem, wraca z Wrocławia do Mongolii. W naszym kraju kształcił się, pobierał nauki, teraz jedzie do siebie zdać egzaminy z wiedzy tu zdobytej i podjąć pracę w swojej dziedzinie. W Polsce zostawił mongolską żonę i córkę, ma nadzieję niezadługo tu powrócić. Bardzo miło rozmawiało nam się z nim, bardzo szybko minął czas postoju na hali i w Brześciu. Do końca podróży będziemy odwiedzać się z Daszą, bo takie ma imię (bardzo na polski skrócone i uproszczone, po mongolsku jest trudne do wymówienia), w przedziałach. On chyba polubił nas, my jego. Dzięki temu i podróż szybciej nam zleciała. A oprócz tego iluż to ważnych i ciekawych rzeczy dowiedzieliśmy się o miejscach, do których jedziemy. Daszka to urodzony gawędziarz, można by nawet rzec – wodolej (chyba się za to nie obrazi), można go słuchać godzinami, szczególnie jak mówi ciekawą, łamaną polszczyzną. Bardzo szybko uporał się z moim bólem głowy bez żadnej tabletki uciskając tylko odpowiednie miejsce na dłoni. Pokazał nam je, ucząc jednocześnie tej metody uśmierzania bólu. Będzie jeszcze niejedna tu okazja, aby o nim wspomnieć, wszak przez kilka jeszcze dni po zakończeniu podróży do Mongolii nasze losy będą z nim związane.

Podróż przez Białoruś zleciała nam szybko. Szybko nadchodzi zmierzch i noc. Na granicy przesunęliśmy wskazówki zegara o dwie godziny do przodu – zmiana czasu na moskiewski, to i zmierzch o te dwie godziny zapada szybciej. A organizmy nasze nie są jeszcze na to przygotowane. A muszą się szybko przestawiać, nie jest to wszak jedyna zmiana czasu. Będą następne, bardziej radykalne. Czeka nas pierwsza, jedna z wielu nocy spędzonych w pociągu. Co przyniesie nam nowy dzień? Gdzie i w jakich nastrojach spędzimy kolejną noc?

23 maj 2006. Wtorek. Noc minęła szybko i spokojnie. Mając czyste sumienie każdy z nas spał dobrze i efektywnie. Wyspaliśmy się najlepiej jak to możliwe w tych warunkach.

Granica rosyjsko – białoruska to granica przyjaźni i żadne kontrole graniczne nie są tu przeprowadzane. Minęliśmy ją w nocy nie wiedząc nawet kiedy. Krajobrazy za oknem ciągle swojskie, niemal polskie, ale wiejska zabudowa jest nieco inna od naszej. Prawdę mówiąc po tym, co słyszałem i widziałem w telewizji, spodziewałem się na Białorusi większej biedy. Na pierwszy rzut oka nie jest tak źle. A może to tylko pozory? Wiejskie domy są na ogół dobrze utrzymane, czyste. Są drewniane, bywają często murowane. Ale widać tu mniej zmechanizowania na wsi niż u nas. Widziałem kilkakrotnie chłopów koszących kosą, co u nas praktycznie już się nie zdarza. Okolice kolejowych dworców i same dworce, podobnie jak wszędzie na Wschodzie, są czyste, wysprzątane, zadbane. Wszędzie widać rękę gospodarza.

Pociąg jedzie w miarę szybko, ale tylko wówczas, gdy jedzie. Zatrzymuje się jednak, co jakiś czas stoi w polu, nabiera opóźnienia. Do Moskwy będą to 4 godziny. Dużo jak na tego typu pociąg. Ale my nie mamy tu na nic wpływu, my jesteśmy wszak turystami. Turystami całą gębą. Dasza odwiedził w przedziale nas, my byliśmy u niego, jedziemy w tym samym wagonie. Znajomość jest podtrzymywana. Namawia nas gorąco na to, aby wysiąść i zobaczyć Ułan Bator. On tu mieszka, zna to miasto, twierdzi, że warto. A co do tabakierek do tabaki, to podobno ich tu nie brakuje, jest ich tu pod dostatkiem po umiarkowanych cenach. Rozważamy cały czas i dyskutujemy o tej propozycji Daszy. Jak mówi, z noclegiem nie powinno być kłopotów, są w miarę tanie hotele. Chyba wpiszemy do planu naszej podróży stolicę Mongolii. Powoli zbliżamy się do Moskwy.

Dworzec Białoruski w Moskwie nie jest imponujących rozmiarów, ale znacznie przewyższa pod tym względem dworzec gdański czy gdyński. Jest mały jak na warunki rosyjskie, jest jednym z wielu dworców w stolicy Rosji. To tutaj przyjeżdżamy pociągiem z Warszawy po godzinie 13-tej, z 4-ro godzinnym opóźnieniem. Przyjeżdżamy i szybko go opuszczamy udając się 3 przystanki metrem na dworzec jarosławski, skąd odchodzą pociągi transsyberyjskie do Ułan Bator i Pekinu. Moskiewskie metro to wspaniały środek komunikacji, wszędzie nim jest blisko w tej ogromnej metropolii. Umieszczone chyba ze 150 metrów pod ziemią, sprawia niesamowite wrażenie poczynając od nie mających końca ruchomych schodów a kończąc na starym, z lat 30-tych XX wieku wykończeniu i wystroju peronów i hal podziemnych. Same wagony nie są najnowsze, ale są bardzo szybkie. Szybki rozruch, szybkie hamowanie. Bardzo szybki środek lokomocji niepodatny na korki czy zatłoczone skrzyżowania.

Zgubiliśmy z oczu Daszę, zresztą on miał zamiar zmienić dworzec taksówką, dużo wszak ma bagaży, za dużo jak na jedną osobę. Znowu zostawiamy bagaże pod okiem naszych żon, a sami z Andrzejem idziemy „walczyć” o miejsca do Ułan Bator, bo jednak na taki scenariusz zdecydowaliśmy się. Dzień lub dwa w stolicy Mongolii, a potem szybko do Pekinu. Nie znając tutejszych zwyczajów, nie znając dworca ani jego tajemnic, niepotrzebnie staliśmy ze 20 minut w kolejce do kasy, która naszych biletów nie sprzedawała. Nasze miejscówki należy nabyć w biurze w pobliżu dworca, które to biuro z ochotą nam wskazano. Wchodząc tam widzimy sporych rozmiarów kolejkę przy kasie. Prawie sami Chińczycy i Mongołowie. Stajemy w kolejce i czekamy. Z nawiązanej przygodnie rozmowy i zasłyszanych strzępków rozmów przy kasie wynika, że miejscówek może nie być. No cóż? Wówczas pozostanie Irkuck. Źle nam i smutno, ale cóż nam pozostaje? Tylko czekać na oficjalne potwierdzenie tego przez kasjerkę. Stoimy karnie chyba z godzinę czekając na naszą kolej. Wreszcie zrezygnowani docieramy do okienka. I tu ogromnie miła niespodzianka. Proszę o paszporty – mówi kasjerka. A to znaczy, że są miejsca, że nasze kolejowe bilety są tu znane i honorowane, bo i tego lekko obawialiśmy się, mając na uwadze zeszłoroczne problemy z tym związane w czasie podróży Andrzeja i Eli na Ukrainę Za wcale nie wygórowaną cenę kupujemy je na godzinę 21.30. Co za ulga, ależ zrobiło nam się lekko na duszy. Następny etap wyprawy mamy za sobą, wiele jednak niewiadomych jeszcze przed nami. Z tą miłą nowiną wracamy do naszych dziewczyn. Daszy ciągle nie widać, a według wszelkich prognoz powinien dawno tu już być. Ale on sobie poradzi, nie pierwszy wszak raz jedzie transsybirem, zna jego tajemnice i bolączki. Na pewno spotkamy się przed odjazdem lub w pociągu. Oddajemy nasze bagaże do przechowalni (cena dosyć wysoka – 67 rubli, ponad 8 zł. za sztukę bagażu * 6 sztuk – cena łatwa do obliczenia, ale nie po to tu przyjechaliśmy aby liczyć każdą złotówkę) i idziemy zwiedzać Plac Czerwony.

Jest to plac o wymiarach 400 x 150 metrów, dosyć duży, ale trzeba przyznać, że w telewizji sprawia bardziej imponujące wrażenie. Tym niemniej jest tu bardzo czysto i jakoś tak uroczyście. Mauzoleum Lenina już nie odwiedzimy, opóźnienie pociągu sprawiło, że jest na to za późno. Zwiedzamy za to cerkiew Wasyla Błogosławionego, oglądamy mur kremlowski z wejściami na Kreml. Niestety, Kreml jest dzisiaj również już zamknięty. Szkoda. Nie mamy czasu na zwiedzenie ogromnego i drogiego Domu Towarowego GUM, idziemy za Plac Czerwony zobaczyć Kreml od strony rzeki Moskwy. Podczas zwiedzania placu wychodzi słońce, tak, że Moskwa, i rzeka i miasto wyglądają w jego promieniach wspaniale. Moskwa to ogromna metropolia, podobnie zresztą jak Pekin. W czasie tej podróży poznamy dwa miasta o podobnej wielkości, jedne z największych na świecie. W Moskwie widać jej bogactwo. Drogie, piękne samochody, drogie sklepy, hotele i restauracje. To miasto nie jest na naszą kieszeń, to widać gołym okiem. A co będzie w Pekinie. Czy stać nas będzie na niego? Okaże się to w ciągu najbliższych dni.

Usiedliśmy w jednej z wielu tutaj letnich knajpek na piwie. Jest drogie, ale pijemy je. Ja za chwilę lecę robić jeszcze zdjęcia z drugiej strony Kremla, przy Grobie Nieznanego Żołnierza, przy tablicach pamiątkowych z ostatniej wojny światowej, w pięknym parku otaczającym to miejsce, przy cudnych rzeźbach i fontannach. Tutaj naprawdę widać ogrom i potęgę tego miasta. Za chwilę dołączają do mnie pozostali uczestnicy naszej wycieczki, chcą też dokładniej poznać Moskwę. Naprawdę warto. Tylko czasu mało. Bardzo przydają się nam, szczególnie tu, na Placu Czerwonym, gdzie jest masa ludzi, nasze SKM-owskie, żółte koszulki.  Mają tak intensywny kolor, ze nie sposób ich nie zauważyć, nie sposób się pogubić. Ciągle jesteśmy, nie tylko dla siebie, widoczni. Oglądamy pobieżnie tyle, na ile możemy sobie pozwolić, by po chwili powrócić do metra (15 rubli od osoby) i wrócić na Dworzec Jarosławski. Robimy tu ostatnie niezbędne zakupy przed podróżą, coś przegryzamy, spotykamy po chwili Daszę. Dojechał tu szczęśliwie, dostał miejscówki, czeka na pociąg. Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć. Siadamy w małej knajpce na kolejnym piwie, Andrzej kupuje tu kufel, zbiera je, a Klinskoje jeszcze nie ma. Teraz już ma. Odbieramy bagaże z przechowalni i czekamy na informację, z którego peronu odjedzie nasz pociąg. W Rosji nie podaje się na rozkładzie jazdy peronów, z których odjeżdżają pociągi. Informacja ta jest wyświetlana na tablicy odjazdów około pół godziny przed odejściem pociągu. Taki tu zwyczaj i trzeba z tym się pogodzić. Wreszcie jest. Pociąg do Pekinu odjedzie z peronu IV. Właśnie go podstawiają, idziemy zająć miejsca. Jest to pociąg chiński obsługiwany przez Chińczyków. Przy każdym wagonie prowadnik w nienagannie odprasowanym mundurze, w czapce. Stoją niemal na baczność. Znajdujemy nasz 10 wagon, zajmujemy w nim nasz przedział. 4 miejsca, nasz dom na najbliższe dni. Więcej podróżnych w wagonie nie ma, jedziemy sami tylko z obsługą wagonu. A tak baliśmy się o miejsca. Niepotrzebnie. Ale  jeszcze nie zaczął się tu sezon, nie ma jeszcze wakacji. Przypuszczam, że w sezonie z miejscówkami nie jest tak łatwo. Ale są to tylko nasze przypuszczenia. Biegniemy jeszcze z Andrzejem po ostatnie zakupy, aby niczego w pociągu nam nie zabrakło. Gdy wracamy, z głośników na peronie leci jakiś marsz a Chińczycy stoją na baczność. Do dzisiaj nie wiemy, co to oznaczało, bo chyba nie był to ich hymn narodowy. Wpadamy do pociągu i po chwili ruszamy. Jedziemy transsybirem. Z późniejszych obserwacji i rozmów wynika, że ten sposób podróżowania to wielka atrakcja dla turystów nie tylko z Europy, ale z całego świata, sposób na spędzenie urlopu, a przy okazji przejazd najdłuższą na świecie trasą kolejową. Trasa do Pekinu wiedzie przez część trasy transsyberyjskiej. Właściwy transsybir za Irkuckiem jedzie nadal na wschód (my do Ułan Bator i Pekinu musieliśmy skręcić za Bajkałem na południe) by po zatoczeniu łuku na południe dotrzeć do Władywostoku. Ta trasa liczy ponad 9 tysięcy kilometrów od Moskwy, My do Pekinu pokonujemy odległość nieco ponad 7600 kilometrów. W pociągu niestety, nie spotkaliśmy naszych rodaków. Wybiegając nieco w przyszłość dodam, że w ogóle spotkaliśmy ich podczas naszej wyprawy naprawdę mało, śladowe ilości. Jedynych Polaków spotkaliśmy zwiedzając chiński mur, ale nie byli rozmowni, mieli swojego przewodnika, z nami nie chcieli nawiązać kontaktu. Obeszło się bez tego. Więcej Polaków poza Moskwą nie spotkaliśmy. Chiny, Mongolia to dla nas naprawdę egzotyka. Nieznana, obca egzotyka. My ją już trochę poznaliśmy i bardzo z tego powodu się cieszymy.

Dasza jedzie z nami, ale ze cztery wagony dalej. Jest jednak przejście, co jakiś czas spotykamy się. Dzisiaj jednak jesteśmy wykończeni i zmęczeni po tym męczącym i fizycznie i psychicznie dniu. Rozkładamy się jakoś, jemy kolację, idziemy spać. Ja z Andrzejem na górze, dziewczyny na dole. W wagonach nie ma klimatyzacji, w każdym przedziale jest ogromny wentylator, który podczas gorących dni w podróży niezmiernie się przydaje. Okna na korytarzach otwierają się, w przedziałach są zamknięte nie tyle na kolejowe kwadraty, co na trójkąty. To taki i chiński i rosyjski czy białoruski kwadrat, tyle, że o bokach trójkąta równobocznego. Nasze tradycyjne kolejowe kwadraty są tu nieprzydatne. W każdym wagonie w końcu korytarza stoi podgrzewany kociołek, z którego przez cały czas podróży leci wrzątek. Z tym nie ma nigdy problemów. Prawdą jest również to, co wcześniej wyczytałem na stronach internetowych, że przed każdą stacją toalety są zamykane. Otwierane są po kilkunastu minutach od odjazdu. Chińska obsługa naszego pociągu dosyć rygorystycznie tego „zwyczaju” przestrzegała. Najgorzej było na granicach, gdy pociąg stał po kilka godzin a wypite wcześniej piwo domagało się tego, aby go „wypuścić” na zewnątrz. Jakoś trzeba było sobie radzić. Polak potrafi.

Na dzisiaj jednak mamy dość. Gasimy światło i szybko zasypiamy. Lekkie drinki nieco nam w tym pomagają.

Podróż pociągiem transsyberyjskim .

Z Moskwy wyjechaliśmy we wtorek wieczór, z pociągu wysiedliśmy w Ułan Bator w niedzielę rano. Wydawać by się mogło, że z utęsknieniem czekaliśmy końca podróży. Wcale jednak tak nie było. Owszem, czekaliśmy końca jazdy, byliśmy ciekawi Mongolii, martwiliśmy się nieco o to, co nas dalej czeka, nikt jednak nie czekał z utęsknieniem chwili wysiadki. Podróż zleciała nam bardzo szybko, a to znaczy, że było fajnie. Nikt się nie nudził, każdy w każdej chwili miał jakieś zajęcie. Wyjeżdżając w tę podróż zabezpieczyliśmy się przed nudą zabierając ze sobą np. karty do gry (dwie talie), gazety, książki. Nie było jednak na tyle czasu, aby z tych rzeczy skorzystać. Nie graliśmy w karty, mało przeczytaliśmy, a Ilona doszła do wniosku, że nie ma sensu dalej wozić nieprzeczytanych jeszcze tygodników i zostawiła je w pociągu, pojechały same do Pekinu. Przed podróżą mieliśmy informacje, aby nie brać do Chin kolorowych pism czy obrazków nawet lekko roznegliżowanych kobiet, gdyż jest to tam zabronione. W Chinach panuje rygorystyczna kontrola urodzeń i wszystko, co może mieć wpływ na negatywne działanie tej ustawy jest zabronione. Celnicy na granicy mają niby kontrolować i odbierać tego typu rzeczy. Okazało się to nieprawdą. Informacja ta była od początku albo nieprawdziwa, albo już nieaktualna. Raczej to drugie. W Chinach są kioski z gazetami podobne do naszych, a czasopisma też się niczym nie różnią. Widzieliśmy np. chińską wersję „Playboya”, widzieliśmy inne tego typu wydawnictwa. Chiny zmieniają się w takim tempie, że informacja o zmianach tu zachodzących dociera wolniej do odbiorców niż same zmiany. Przekonaliśmy się o tym nie tylko w tym przypadku.

Większą część podróży spędziliśmy na rozmowach a wzrok zawieszaliśmy na widokach za oknem. Rosja to przeogromny kraj, my z okien pociągu zobaczyliśmy tylko okruch jej wielkości. Im dalej od Moskwy tym wjeżdżaliśmy w bardziej dziewicze tereny, im dalej od stolicy, tym mniej cywilizacji. Do Uralu wzdłuż torów, po obu ich stronach ciągnął się pas drzew i krzewów. Prawdopodobnie jest to zabezpieczenie przed śniegiem i zimowymi zaspami. Zimy przecież są tu bardzo długie, ostre i śnieżne. Gdy my przejeżdżaliśmy tędy był koniec maja, a im bardziej na wschód, tym wcześniejszą mijaliśmy wiosnę. Nad jeziorem Bajkał zieleń była jeszcze w powijakach a na powierzchni pływała kra. Szczyty gór wokół były jeszcze mocno ośnieżone. Do Uralu było więcej wiosek, więcej mieszkańców, nieco więcej „bogactwa”. Im dalej na wschód tym biedniej, tym skromniej, tym więcej prawdziwej przyrody.

Ural to niewielkie, niezbyt wysokie góry. Nie zrobiły na nas jakiegoś imponującego wrażenia, więcej po nich się spodziewaliśmy. Jest to bardziej symboliczne miejsce graniczne, rozdzielające nie tylko kontynenty, ale i dwa światy – Wschód i Zachód. Przez góry te przejeżdżaliśmy już o zmierzchu, po ponad 24 godzinach podróży z Moskwy. Z tego powodu nie udało nam się zobaczyć słupka granicznego rozdzielającego Europę od Azji. Miejsce to zobaczyłem dopiero w drodze powrotnej, a mignęło mi tak szybko, że nawet nie zdążyłem wziąć do ręki aparatu fotograficznego. Słupek ten ma około 2 m. wysokości. Gdyby przyszło mi jeszcze kiedykolwiek być w tym miejscu, będę wiedział, gdzie czekać z gotowym „do strzału” aparatem.

Oglądając widoki za oknem byliśmy mocno zdziwieni i zbulwersowani ilością drzewa marnującego się w tym kraju. Ilość wiatrołomów jest tu zadziwiająca, a jeszcze bardziej dziwi brak jakichkolwiek działań dla wykorzystania tych zasobów. Nikt nie bierze, nikt nie zbiera, nikt nie wykorzystuje tego drzewa. Ono marnuje się w lesie. Jedyne działania, jakie widzieliśmy, to palenie go na stosach. Ileż można by uzyskać opału na zimę na tych ziemiach, zimy przecież są tu tak ostre, a ludzie często marzną. Nikt jednak tym się tu nie zajmuje. Wypalanie traw, a co się z tym wiąże pożary lasów, to inna, zauważona przez nas plaga Rosji. U nas zresztą jest podobnie. Nie wiem, czy pożary te spowodowane były przez to, że przebiega tędy linia kolejowa, czy też specjalnie ktoś podpalał trawy? Myślę, że i jedna i druga opcja wchodzi tu w rachubę. Przez większą część drogi widzieliśmy co kawałek wypalone trawy, spalone drzewa czy całe połacie lasu. Przypuszczam, że dopiero, gdy pożar nabiera większych rozmiarów, wówczas ktoś się nim interesuje. Niewielkie ogniska, jeśli się nie rozprzestrzeniły – same gasły.

Przejeżdżając przez większą część Rosji, przez 5 dni nie widzieliśmy wcale dzikich zwierząt. Czy ich tu nie ma, czy źle patrzyliśmy, czy też tak mocno się chowały? Było to dla nas jednak niezmiernie dziwne zjawisko. Sami jesteśmy kolejarzami, maszynistami, jazda pociągiem to dla nas rzecz codzienna. Jednak u nas w Polsce jelenie, sarny, zające, dziki, lisy widzi się w lasach na codzień, są częścią polskiego krajobrazu, przed nikim się nie chowają, a już szczególnie przed przejeżdżającym pociągiem. Powiem więcej, jakaś część naszych, polskich dzikich zwierząt ginie pod kołami pociągów. Niestety. A na Syberii nic. Nie wierzę w to, że tam tych zwierząt nie ma. One są, ale być może obszary ich występowania są tak ogromne, że się rozmywają na tym przeogromnym terenie? Innego wytłumaczenia nie widzę. Lasy Syberii to przede wszystkim wszechobecne, poczciwe brzozy, poza tym świerki, sosny, olchy. Innych gatunków drzew raczej nie widać.

Jak już wspomniałem im dalej jechaliśmy od kraju, im dalej na wschód tym temperatura robiła się niższa a wiosna była wcześniejsza. Najpierw na drzewach widzieliśmy rozwinięte liście, dalej były to tylko coraz mniejsze pąki, na końcu jeszcze „gołe” gałęzie. Na Bajkale pływała kra a trawa ledwie wyrastała z ziemi. Cofaliśmy się w czasie nie tylko astronomicznie, ale i klimatycznie. Za Irkuckiem temperatura była już tak niska, że trzeba było cieplej się ubrać.

Nie zapomnę poranka 26 maja. Poprzedniego dnia o zmierzchu byłem zaskoczony tym, że w lesie jeszcze gdzieniegdzie leżał śnieg. Gdy rano spojrzałem za okno, z wrażenia aż wyskoczyłem z łóżka. Wschodzące słońce, piękne jezioro Bajkał w pierwszych jego promieniach, a po przeciwnej stronie ośnieżone szczyty gór. Niezapomniany, piękny widok. Wziąłem aparat w rękę i pstrykałem do woli. Pociąg jechał wzdłuż tego pięknego, jednego z największych, a na pewno najgłębszego jeziora na Ziemi przez ponad 200 kilometrów, przez kilka godzin. Niezapomniane wrażenia. Chociażby już tylko dla tych widoków warto było wybrać się w tą podróż. A podróż ta przecież na tym się nie kończyła, ona dopiero na dobre się zaczęła. Najpiękniejsze zawsze wydaje się to, co jest jeszcze przed nami. A przed nami jeszcze masa wrażeń.

Rosyjskie miasta są na ogół duże i betonowe. Dużo w nich pomników, tablic upamiętniających jakieś wydarzenia no i. .. garaży. To też daje się zauważyć. W każdym rosyjskim mieście widać przy torach garaże. Są to budy sklecone najczęściej z byle czego, źle utrzymane, niejednokrotnie popalone. Czy służą właścicielom do tego, do czego zostały stworzone? Nie wiem. Ja bałbym się zostawić gdzieś, najczęściej daleko od domu, najgorszy nawet samochód. Tutaj każdy mieszkaniec musi mieć jakiś garaż, jakąś budę. Szpecą one najbliższą okolicę, tym bardziej, że wokół i miast i wiosek przeważnie zawsze walają się kupy śmieci. Zresztą śmieci to nie tylko plaga rosyjska, ale i chińska, i mongolska, ale o tym będzie dalej. Poza tym jednak miasta rosyjskie są na ogół czyste, ładne i zadbane. Wszędzie, a szczególnie na dworcach widać rękę gospodarza, widać, że ktoś o to dba. Budynki są odmalowane, wokół jest porządek i ład. Nie widać żebraków, bezdomnych, graficiarzy i efektów ich „pracy”. A możemy coś o tym powiedzieć, gdyż pociąg nasz co parę godzin zatrzymywał się na większych stacjach stojąc niejednokrotnie i po pół godziny. Można było wówczas zobaczyć nie tylko dworzec z okna pociągu, ale i najbliższą okolicę. Korzystaliśmy z tego, ja robiąc zdjęcia, Andrzej biegając do sklepów po uzupełnienie zapasów. I obserwowaliśmy życie wokół dworców. Będąc przy temacie kolejowym muszę wspomnieć o tym, co na naszej kolei jest bolączką, o remontach torów, sieci, o szybkości jazdy pociągów. U nas średnia szybkość jazdy pociągów z każdym rokiem spada. Nie remontuje się torów, nie wymienia szyn, podkładów, nie dba się więcej o stan nawierzchni niż jest to konieczne. Na wszystko jest wytłumaczenie – brak pieniędzy. To wszystkich rozgrzesza z jakichkolwiek działań. A że pasażerowie na tym tracą? Kogóż to obchodzi? Chyba tylko pasażerów. Ale z nimi nikt u nas się nie liczy. W Rosji widać, że jest inaczej. Tutaj naprawy, wymiana torów, szyn, podsypki, sieci trakcyjnej to normalna rzecz. Gdybym nie był na tej wyprawie chyba niedługo zapomniałbym jak wygląda kolejowy pociąg roboczy przy wymianie torów. A jestem kolejarzem. Jadąc przez całą Rosję szybkość może nie była imponująca (na całej trasie z Moskwy do Pekinu po „wyrzuceniu” wszystkich postojów, średnia prędkość wyniosła 70 km/godz.), ale wszędzie było widać nowe tory, nowe słupy trakcyjne, nowe, nawet te najmniejsze przystanki. Nie wspomnę o stanie stacji kolejowych, rozjazdów, lokomotyw, wagonów itp. To wszystko po prostu kolejarzowi rzuca się w oczy. Kiedy my w tym względzie dogonimy Rosję? Na razie cały czas nam ucieka do przodu, a odległość się powiększa.

Wioski i osady Syberii to przede wszystkim drewniane domy. Murowanych domów jednorodzinnych praktycznie nie widzieliśmy. I do tego niebieskie okiennice. Jak Rosja długa i szeroka, od Moskwy do Bajkału właśnie to najbardziej rzucało się nam w oczy. Jest to jakiś znak rozpoznawczy rosyjskich wiosek. Są one najczęściej niewielkie i biedne. To inna z zauważonych przez nas prawidłowości. Przy domu jakiś niewielki na ogół ogródek, podwórko, pies. Często antena satelitarna. Nie widać było w czasie całej naszej podróży większych pól uprawnych. Ale Rosja jest tak przeogromna, że pola te na pewno leżą gdzie indziej, nie przy trasie naszej wycieczki. Na wioskach mało raczej samochodów, więcej zabytkowych motocykli, niejednokrotnie z koszem dla pasażera. Andrzej marzy od dłuższego czasu o czymś takim, nie mógł się na nie napatrzeć, chociażby przez okno. Zresztą w Chinach, w Pekinie też można było je spotkać, dotknąć, nieraz usiąść. W  Rosji nie jest to jednak szczyt techniki, a jest ich tutaj tyle nie z zamiłowania do motoryzacji ile z biedy. Na lepsze ludzi po prostu nie stać.

Jadąc przez Rosję siłą rzeczy, co jakiś czas uzupełnialiśmy nasze zapasy. Nie wszystko bowiem można było zabrać ze sobą. Naczytaliśmy się dużo, że w wagonie restauracyjnym jedzenie nie jest zbyt smaczne, a jedyną jego „zaletą” jest cena. To fakt, to prawda. Dlatego właśnie na postojach biegaliśmy do sklepów. Ceny jednak w Rosji, przynajmniej tu, gdzie my byliśmy, wcale nie są niższe niż u nas. Nie powiem, by były dużo wyższe, to rzadkość, ale są wysokie. Nie tego tu spodziewaliśmy się. Ale cóż, tutaj inaczej niż w Chinach, nie da się targować. Cena jest ceną, płacisz – dostajesz towar. Nie bardzo te ceny nam odpowiadały, ale musieliśmy płacić. Podobnie rzecz się miała z zakupami na peronach. Według innych relacji, na peronach można kupić wszystko po niezbyt wygórowanych cenach. Jest to prawda o tyle, o ile weźmie się ceny z wagonu restauracyjnego. Ale ogólnie ceny na peronie są wysokie i też bez możliwości ich negocjacji. Babuszki się wycwaniły i to one dyktują warunki transakcji. Chcesz to bierzesz, nie to nie. Kiedyś było tu inaczej. Ale czasy się zmieniają. A co do wyboru artykułów na peronach to też nie jest tak różowo jak to opisywano. Gdybyśmy nie mieli zapasów w torbach częściej trzeba byłoby korzystać z zakupów sklepowych. z zakupów peronowych nie dałoby się wyżyć. Na peronie najłatwiej kupić napoje, wodę, piwo, słodycze, owoce, czasami ryby, nawet raki (też je jedliśmy), bywają pierogi, placki itp., ale rzadziej niż można by się spodziewać. Jadąc w tę podróż Ilona przygotowała np. wędlinę czy ser pakując je w próżniowe woreczki foliowe. I to był strzał w dziesiątkę. Długo trzymały świeżość, długo nimi żywiliśmy się. Poza tym puszki szynki, zupki błyskawiczne itp. Chleb, masło, pomidory, ogórki kupowaliśmy na postojach. I takim to sposobem nie umarliśmy z głodu do samego końca. Nawet nie schudliśmy, co jednych ucieszyło, innych zmartwiło. Ale okazji do odchudzania będzie mnóstwo po powrocie. Na stacji w Siudance kupiliśmy z Andrzejem dwie ryby wędzone nieznanego nam gatunku wielkości naszych makreli. Ani Ilona, ani Ela ich nie jadły, uporaliśmy się z nimi sami. Cena – 25 rubli za sztukę nie była tego warta. Te ryby z Bajkału były mało tłuste, a przez to jakieś suche, ale w smaku były takie sobie. Nic nadzwyczajnego, więcej po nich oczekiwaliśmy.

Po minięciu jeziora Bajkał pociąg nasz skręcił na południe opuszczając właściwą trasę kolei transsyberyjskiej, teraz podążał tzw. trasą transmongolską. Otwarto ją w połowie lat 50-tych ubiegłego wieku, a jej droga wiedzie dawnym szlakiem karawan zdążających z Chin poprzez Mongolię do Rosji i dalej do Europy. Wkrótce dotarliśmy do granicy rosyjsko – mongolskiej. Odprawa paszportowo – celna po obu stronach granicy (Nauszki – Suche Bator) przeciągnęła się do późnej nocy. Po odprawie nie pozostało nam nic innego jak tylko przestawić zegarki o następne 5 godzin do przodu i udać się na nocny spoczynek.

Poranna pobudka zaskoczyła nas nowymi wrażeniami, nowymi krajobrazami. Ten za oknem zmienił się diametralnie. Nie jechaliśmy już przez równiny pokryte lasami a przez step, w tle rozciągały się góry. Coraz częściej widzieliśmy jurty, duże, okrągłe namioty służące koczowniczym Mongołom za domy. Niejednokrotnie można było zauważyć antenę satelitarną przy takim obejściu. Mongołowie na stepach hodują krowy, konie, wielbłądy, zresztą do końca nie wiemy, czy widziane przez nas za oknem stada do kogoś należały, czy też były to dzikie zwierzęta. Nikogo często wszak przy nich nie było. Im bliżej dojeżdżaliśmy do stolicy Mongolii, do Ułan Bator tym krajobraz stawał się mniej przyjazny dla człowieka. Coraz więcej piasku, pustyni, coraz mniej stepów, coraz uboższa roślinność na nim, coraz bardziej chude zwierzęta. Byliśmy przecież niedaleko pustyni Gobi.

Mongolia posiada jedną, najważniejsza linię kolejową – od granicy rosyjskiej poprzez Ułan Bator do granicy chińskiej. Jest to linia w miarę dobrze utrzymana, szybkość na niej nie odbiega od szybkości jazdy w Rosji. Tor jest szerokości toru rosyjskiego, zmiana zestawów kołowych czeka nas dopiero na granicy chińskiej. Tym niemniej jest to linia jednotorowa, niezelektryfikowana. Pociągi jeżdżą po niej, podobnie jak w Rosji, bardzo długie, naliczyliśmy ponad 80 wagonów, na sprzęgach automatycznych. Tory są dobrze utrzymane, stacje czyste i schludne. Na długości prawie 900 kilometrów, wzdłuż całej trasy w Mongolii, po obu stronach torów ustawione są słupki a na nich zamocowany drut kolczasty. Chodzi chyba o ochronę zwierząt, nie tylko dzikich, przed skutkami spotkania z pociągiem. Co jakiś czas pod torami przechodzi przepust, zwierzęta mogą nim przemieszczać się na drugą stronę torów. W Mongolii nie ma wielkiego przemysłu, nie widzieliśmy nawet średnio wielkich zakładów pracy. Ale przemysł drutu kolczastego muszą mieć na wysokim poziomie. Po obu stronach torów, trzy poziome rzędy wzdłuż całych 900 kilometrów, do tego co jakieś pół metra pionowe zabezpieczenia. Ogromne ilości takiego płotu. Ale to jest tu niezbędne.

Piątego dnia rano o godzinie 7.30 docieramy do Ułan Bator – stolicy Mongolii. Widok za oknem raczej nieciekawy, tak jak spodziewałem się z przeczytanych opisów, jest to wielkie blokowisko. Mało przemysłu, dużo bloków nawet z wielkiej płyty, mało trawników, mało wody. Szaro, biednie i ponuro. Taką wydała nam się na pierwszy rzut oka stolica Mongolii. A jaką będzie naprawdę. To się okaże wkrótce. Tymczasem wysiadamy z pociągu by rozpocząć kolejny etap naszej przygody.

Ułan Bator.

W stolicy Mongolii jest upalnie i duszno. Na peronie tłumy ludzi. Dworzec ładny, czysty, zadbany, jak u nas, kiedyś, kiedyś, kiedyś. Patrząc na ten dworzec, na perony i ludzi tu przybyłych przypomina mi się gdyński dworzec kolejowy jeszcze z lat 50-tych. Wtedy u nas, dzisiaj tutaj, jest masa ludzi, wszyscy się krzątają, wszyscy mają zajęcie. Jedni sprzedają, inni kupują, są tragarze, stoiska, kioski, sklepy. Jedni czekają na pociąg, inni nim przyjechali, ludzie siedzą na ławkach, na podłodze, gdzie się da. W poczekalni gra telewizor, większość tu czekających ogląda w nim jakiś mongolski, muzyczny program. A pamiętajmy o tym, że jest to niedziela. Jak tu musi być tłoczno w dzień roboczy? Na peronie młodzi ludzie rozdają ulotki, reklamują pokoje do wynajęcia, jakieś hotele. Bierzemy kilka takich reklamówek, nie wiemy jeszcze, czy z nich nie skorzystamy.

Spotykamy Daszę. Wiezie z tragarzami swój ogromny majdan. Umawiamy się za 10 min. przed dworcem. Tymczasem idziemy z Andrzejem do dworcowego bufetu zobaczyć, co też tu serwują. Andrzej jest wniebowzięty - jest baranina. Jest zupa z baraniny, jest mięso, są jakieś pierogi z baraniną. Bierzemy, jemy, próbujemy. Da się zjeść, a ceny są umiarkowane. To już jest dobrze. Po chwili Ilona bierze kawę, a Ela oczywiście też… baraninę. Dziewczyny zostają przy bagażach, ja z Andrzejem idziemy do Daszy. Zostawia on na chwilę swoich przyjaciół, idzie z nami rozejrzeć się za miejscówkami do Pekinu, bo to dla nas rzecz najważniejsza. Ale takich rzeczy tu nie załatwia się na dworcu. W pobliżu, w jakimś zaułku jest specjalne biuro, czynne również w niedzielę, gdzie sprzedaje się bilety i miejscówki. Po pewnych korowodach i przepychankach słownych z kierowniczką dowiadujemy się poprzez Daszę (on przecież zna język i dzięki temu możemy się dobrze porozumieć, nie ma żadnych niedomówień), że nasze bezpłatne bilety kolejowe (białe, jak oni je nazywają, chociaż bilet ten ma kolor zielony) nie są tu całkowicie honorowane. To, wg. nich, powinien być inny bilet, na innym druku, czerwonym. Każą nam kupić do Pekinu i bilet i miejscówkę. Chyba zgłupieli. Nie godzimy się na to, walczymy dalej. Staje na tym, że jutro będzie tu ich główny naczelnik, umawiamy się w tym samym miejscu jutro na 10 rano. Tymczasem bilety nasze zostają w biurze, jutro wszystko odbierzemy. Jedyną konkretną rzeczą, o jakiej tu dowiedzieliśmy się było to, że najbliższy pociąg do Pekinu mamy dopiero w czwartek rano. Jesteśmy skazani na Ułan Bator przez najbliższe cztery dni.

Wracamy przed dworzec. Dasza jedzie zawieść swoje bagaże do domu, obiecuje, że za pół godziny wróci po nas, pójdziemy szukać noclegu.

Tymczasem sprawdzamy przydworcowy hotel, który reklamuje się wielkim afiszem. Niestety, jest zamknięty. Po co więc te reklamy, dla kogo on jest? Nie wyjaśnimy tego już do końca pobytu tutaj. Odnajdujemy kantor wymiany walut, jest też sklep spożywczy, jest piwo. Nie jest źle.

Wraca pod dworzec samochodem kolega Daszy - Hurne, ten, z którym Dasza pojechał. Dobrze, że jest to dosyć pojemne auto, mieścimy się tu wszyscy, razem z naszymi bagażami. Jedziemy do miasta, chociaż rozmowa nie bardzo się klei. Hurne zna oprócz mongolskiego również słowacki. Przebywał dosyć długo w tym kraju. Andrzej również tam kiedyś pracował, jakoś się dogadują. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie czeka na nas Dasza. Pierwsza rzecz - idziemy coś zjeść i posiedzieć. Co robimy dalej? Dziewczyny jak zawsze zostają, my z Andrzejem i Daszą idziemy szukać noclegu. Dasza wspomina, że znajomi jego mogą odnająć nam pokój za niezbyt wygórowaną cenę. Nie bardzo jest to nam na rękę, nie chcemy być skrępowani, wolimy hotel.

W Ułan Bator życie płynie spokojnie i powoli. Czy dlatego, że to niedziela, czy też jest tu tak zawsze? Tego na razie nie wiemy. Wiemy za to, że Dasza też zbytnio się nie spieszy, ma na wszystko czas. Powoli, bez pośpiechu, mówi, i jak zawsze się śmieje. Tymczasem odnaleźliśmy hotel z dworcowej ulotki. Jest to mieszkanie w bloku przerobione dla turystów takich jak my - niezbyt zamożnych. Cena 8 dolarów za osobę. Przedpokój pełen ludzi, jedni siedzą, inni palą, masa plecaków, pośpiech. Jedna, wspólna łazienka z ubikacją. Chcemy zobaczyć pokój, musimy zdjąć buty (takie w Mongolii są wszędzie zwyczaje, do pokoju nie wchodzi się w butach). Po obu stronach piętrowe prycze, ciasno, mebli praktycznie brak. Typowa spalnia za niezbyt wygórowaną cenę, chociaż za te warunki to i tak za drogo. Obiecujemy, że się zastanowimy i jak się zdecydujemy - wrócimy. Wychodzimy w nastrojach niezbyt optymistycznych. Dasza dalej namawia nas na pokój u znajomych. Idziemy zobaczyć co to jest. Mieszkają niedaleko, ale się nie spieszymy, wszak w Ułan Bator to norma. Okazuje się, że znajomi Daszy, którzy chcą wynająć nam pokój, to Hurne ze swoją żoną. Mieszkanie jednopokojowe i my mielibyśmy zająć ten jedyny pokój. Widzimy, że gospodarzom na tym zależy, wszak bieda u nich widoczna jest gołym okiem. Ustalamy cenę i warunki wynajmu - 100 dolarów za cztery doby. Gospodarze na ten czas wyprowadzają się, my mamy do dyspozycji całe mieszkanie. Chyba wszyscy jesteśmy zadowoleni z tej transakcji. Krótki odpoczynek, coś przekąszamy i idziemy w miasto. Dasza zabiera nas na tutejszy bazar, gdzie Andrzej ma zamiar dokonać zakupu tabakiery.

Ułan Bator to biedne i niedoinwestowane miasto. Brak tu nie tylko trawników czy zieleni (wiadomo - deficyt wody), brak tu również chodników, porządnych ulic, skwerków, ławek. Jest za to masa samochodów, i to w większości drogich, japońskich, terenowych. Ale tylko takie wozy zdają tu egzamin ( pustynie, stepy, brak dróg). Inna sprawa to kultura jazdy kierowców, a właściwie jej brak. Zawsze myślałem, że Rosja czy Ukraina pod tym względem nikogo nie przebiją. Myliłem się. Mongolia (zresztą Chiny również) jest w tym wyścigu lepsza. Samochód za samochodem jedzie na odległość żyletki. Nikt nikogo nie chce wpuścić, przepuścić, wszystkie manewry trzeba wymuszać. Pieszy na jezdni jest intruzem, ofiarą do odstrzału. Ileż to trzeba się tu nagimnastykować, aby nie trafić do szpitala. Miejscowi są już w tym wyćwiczeni, my się dopiero uczymy. Ale chyba jesteśmy dosyć pojętnymi uczniami, bo te cztery dni jakoś udało nam się tu przeżyć, w tych ciężkich, bojowych warunkach. Każdy samochód ma swoją historię wypisaną na karoserii, każdy jest poobijany, powgniatany, porysowany. Ulice w mieście, może poza samym centrum, nie są zatłoczone, jeździ się tu szybko i luźno. Bazar mieści się na obrzeżach miasta, a dojeżdżamy tam nie taksówką, a przygodnym samochodem. Komunikacja miejska w Ułan Bator nie jest zbytnio rozbudowana, jest za to droga. Tańsze, i to znacznie, są taksówki i inne samochody. Niemal wszyscy wszystkich podwożą za drobną opłatą. Jadąc przez pół miasta w 5 osób plus kierowca (tutaj prawie zawsze jeździliśmy w ten sposób) zapłaciliśmy 500 tugrików (1 złoty to prawie 350 tugrików). Jak na nasze warunki to niemal za darmo.

Na miejscowym bazarze można kupić niemal wszystko. Jest to ogromny teren częściowo pod dachem, częściowo pod gołym niebem. Dla nas jest to egzotyka. Starsi ludzie często w ludowych, mongolskich strojach, sprzedają rzeczy, które my znamy tylko z telewizji. Dasza dużo nam pomaga, pokazuje. Andrzej nie może dostać tabakiery o jakiej marzył, jaką sobie wymarzył. Kupuje coś podobnego, ale jest niezbyt zadowolony. Dasza pomógł mi wybrać płytę z tradycyjną muzyką mongolską, bo wracając z tego kraju chciałbym taką mieć. W Chinach postaram się kupić płytę chińską. Poza tym niewiele kupujemy nie znając ani cen, ani towaru w innych miejscach. Jeszcze tu chyba wrócimy, wszak pociąg do Pekinu mamy dopiero w czwartek rano. Ceny na bazarze są znośne, wiele rzeczy, w tym skóry czy ubrania, bluzki, spodnie są nawet tanie. Ale przecież my jedziemy do Chin, tam dopiero będzie taniocha. Tak nam się wydaje. Zobaczymy. Tymczasem rozejrzymy się po sklepach w mieście, a tu wrócimy we wtorek lub środę.

Na bazarze trzeba uważać na złodziei. Policjant spacerujący po bazarze i pilnujący porządku ostrzegł mnie, abym torbę przewiesił przez szyję, jeśli nie chcę jej stracić. Posłuchałem go. Po chwili zobaczyłem dwóch młodzieńców goniących złodzieja. Ależ ten uciekający miał strach w oczach. Zostawił po drodze koszulę, aby trudniej go było złapać. Umknął goniącym go. Może jest prawdą to, co usłyszałem gdzieś o mongolskich złodziejach? Podobno kiedyś w pociągu złapano amatora cudzej własności. Nie patyczkowano się z nim tylko od razu w czasie jazdy podniesiono klapy łączące wagony i wrzucono go tam. Na czyjąś uwagę, że zginie odpowiedziano “ale nigdy już nic nikomu nie ukradnie”. Prawda. Może u nas przydałyby się takie metody, jeśli państwo nie może sobie poradzić z tym problemem? Do domu wróciliśmy taksówką, kolacja, odpoczynek i spać po trudach całego dnia. Na rano znowu jesteśmy umówieni z Daszą.

W nocy załamała się w Ułan Bator pogoda. Zrobiło się zimno, spadł śnieg. Dobrze, że wziąłem ze sobą polar, że mamy kurtki przeciwdeszczowe. Od rana chodzimy po urzędach kolejowych starając się załatwić miejscówki do Pekinu. Metoda jest podobna jak u nas - wysyłanie do następnego biura, do następnego urzędnika. Dopiero, gdy w pewnym momencie wspominamy, że dalej tą sprawą zajmie  się nasza ambasada, coś się rusza. Staje na tym, że musimy wykupić bilety 50 procentowe i do tego miejscówki. Nie chcąc dłużej walczyć, mając już tego wszystkiego dosyć, godzimy się na to. Cena i tak nie jest wygórowana, tym niemniej nie zmienia to faktu, że do bezpłatnego biletu kupujemy bilet 50-cio procentowy plus miejscówkę. Jest to chore, ale nie mamy wyjścia. I tak dobrze, że jest Dasza i służy nam za przewodnika i za tłumacza. Gdyby jego nie było, nie wiemy jakby zakończyła się ta część naszej podróży.

Wracając do domu Dasza bierze nas na jeszcze jeden mały bazarek. Spożywczy. Warunki jak w średniowieczu, jak u nas za komuny, bańki na mleko, mięso luzem i w niezbyt higienicznych warunkach, tłum ludzi. Dasza coś próbuje w jakiejś miseczce. Po chwili okazuje się, że kupuje kumys - przefermentowane mleko kobyle lub wielbłądzie, tradycyjny mongolski napój alkoholowy. Już w pociągu wspominaliśmy mu o tym, że musimy tego spróbować. Wówczas odpowiedział, że w maju będą z tym kłopoty, gdyż kobyle mleko jest dopiero od czerwca. Teraz jednak dopiął swego, kupił to, co chcieliśmy. I do tego dwulitrową butlę bimbru. Dla wzmocnienia, jak powiedział. Toć on nas zapije na śmieć. A mówią, że to Polacy tak dużo piją. Ano zobaczymy. Andrzej nie oparł się również chęci zrobienia i zjedzenia czegoś, co lubi i kupił świeżą koninę na prawdziwego tatara. Dziewczyny będą miały robotę. Szykuje się dzisiaj uczta mongolska. Fantastycznie.

Po drodze do domu wstępujemy jeszcze do innego kolegi Daszy, który prowadzi stolarnię, produkuje meble. Oczywiście przedstawia nas swoim znajomym, wypijamy po szklance kumysu. Czas leci powoli, tu przecież jak wspominałem, nikt nigdy się nie spieszy. W końcu jednak docieramy do domu. Pogoda nieciekawa, jest chłodno i nieprzyjemnie. A do tego po południu pada. Oberwanie chmury. Ulice i podwórka pozalewane, woda stoi wszędzie, nie ma gdzie spływać. Kanalizacja w tym mieście to również jego słaby punkt. W tych warunkach siedzimy w domu delektując się kuchnią mongolską. Kupiliśmy na bazarze jakieś miejscowe sałatki, dosyć ostre, ale smaczne. Ilona jednak nie chce ich nawet spróbować. Dlaczego pytamy? Bo ich nie zna. Chyba kłopoty z jedzeniem Ilony dopiero się zaczną? Tatar Andrzeja jest pyszny, dobrze doprawiony. Nigdy nie jadłem koniny, ale ta jest naprawdę dobra. Ilona oczywiście nawet nie próbuje. A kumys? Napój podobny do naszego zsiadłego mleka, ale jakiś rzadszy, bledszy. I niezbyt czuć ten alkohol. Jest słaby, ma może z 8 - 10 procent. Teraz wiemy, po co Daszka wziął bimber. Ale i on coś jakiś niezbyt “twardy”, procentów ma chyba niewiele więcej jak ten kumys. Mimo najszczerszych chęci tego dnia nie udało nam się upić. Może to i dobrze?

Po godzinie przychodzi nas odwiedzić Hurne, właściciel mieszkania. Próbuje kumysu i Andrzeja tatara. Chwali wszystko. Pod wieczór idziemy wszyscy do kawiarni Karaoke. Blisko domu, fajna, miła atmosfera. Zresztą takich knajpek i kawiarenek jest w stolicy Mongolii mnóstwo. Kraj biedny, ludzie raczej niezamożni, a tego typu lokale tu rozkwitają. Dlaczego u nas jest inaczej? Robią to chyba podatki. Państwo nasze chce kosztem obywateli zbytnio się bogacić, obywatele nie chcą za darmo oddawać państwu swoich pieniędzy. Tu jest inaczej, tu wszystko wszystkim się opłaca. W “naszej” kawiarni można w spokoju posiedzieć, pogadać, nie ma tłoku, chociaż na nas wszyscy patrzą, rzucamy się w oczy jako inni. Ale jest miło i przytulnie. Ktoś z gości śpiewa ładnym głosem kilka piosenek, ktoś tańczy, Ilona nie przepuści takiej okazji, muszę i ja pokazać się na parkiecie. Tekst piosenek leci na ekranie, muzyka z głośników, piosenki są typowo mongolskie, ale przyjemne, dadzą się słuchać, można przy nich i tańczyć, śpiewacy zaś mają dosyć ładny głos. Ela ma powodzenie, miejscowa dziewczyna stawia jej drinka, zaprasza do swojego stolika. Czyżby Ela jej się spodobała? Dobrze, że jest w naszym towarzystwie, chwilę z nią pogadała, wróciła do nas. A na dziewczynę czekał już miejscowy amant i jak zauważyliśmy był mocno zazdrosny o Elę. Ludzie mają problemy ze sobą nie tylko u nas. Swoich sił próbuje w śpiewie również Dasza. On ładnie śpiewa, przekonaliśmy się już o tym w pociągu, gdy śpiewał nam piękne, smętne, mongolskie pieśni. Tutaj jednak jest chyba trochę zestresowany, ale po pierwszej, może niezbyt udanej próbie, następne wychodzą super. Ceny w lokalu są przystępne dla nas, ale dla miejscowych chyba nie są najniższe. Piwo kosztuje tu 1200 tugrików, w sklepie 900 - 1000.

We wtorek od rana Dasza zabiera nas na zwiedzanie. Trochę chodzimy po mieście, po sklepach oglądając i porównując ceny. Jest tu taniej jak u nas, ale nie robimy większych zakupów mając nadzieję, że w Chinach będzie jeszcze taniej. Główny punkt dzisiejszego dnia to zwiedzanie świątyni buddyjskiej, które to również zafundował nam Dasza (nie chodzi o pieniądze, chodzi o turystykę).  Piękny zespół tych budowli znajduje się niezbyt daleko naszego mieszkania. Tu lamą (księdzem) był tata Daszy. Dasza jest mocno wierzący, nieraz tu przychodzi się modlić. Miejsce tego typu widziałem po raz pierwszy, nie licząc telewizji. Znajduje się tu  niewielki klasztor dla mnichów ubranych w ładne, czerwono - złote szaty. Jest tu mnóstwo zabytków, a dzięki Daszy poznajemy historię tych obiektów. Tu również trzeba za wszystko płacić, mnisi muszą przecież z czegoś żyć. W głównej świątyni znajduje się 27-metrowej wysokości posąg Buddy. Masę zresztą jest tu mniejszych posążków, świec, zniczy, zapachów. Każdy coś stawia, modli się. Dużo jest blaszanych bębnów, z których każdy trzeba obrócić trzy razy wokół swojej osi, aby w życiu dobrze się działo, aby być bogatym. Andrzej obracał zaciekle wszystkie, wszędzie przystawał, modlił się. “Potrzebne mi są pieniądze” mówił. Ciekawe, czy teraz będzie już bogaty? Zobaczymy po powrocie. Kupiliśmy na pamiątkę małe kadzidełka i specjalny pachnący proszek do nich. Ale zapalimy go dopiero w domu.

Ze świątyni poszliśmy do “naszej” restauracji na tradycyjne mongolskie “bussy”. Są to specjalne pierogi z mięsem baranim w środku, przysmak Mongołów. Można się nimi najeść i to za niezbyt wygórowaną cenę. A do tego piwo “Borgio”, bo tylko takie tu piliśmy, jest tu najlepsze. Popularnie nazwaliśmy je borygo i tej nazwy konsekwentnie trzymaliśmy się. Kelnerki zawsze wiedziały, co zamawiamy. W Mongolii nieznane są napiwki. Gdy kilka razy próbowaliśmy zostawić kelnerce kilka tugrików - nigdy nie przyjęły, a raz zdarzyło się nawet, że kelnerka dogoniła nas na ulicy oddając resztę, którą to zostawiliśmy dla niej.

Po krótkim odpoczynku jeszcze tego samego dnia zwiedziliśmy uczelnię, gdzie Dasza pobierał nauki jako student. Potem pokazał nam Pałac Ślubów. Ładny, ładnie urządzony pałac, a wokół, jak wszędzie w Mongolii Dżingis Chan,  obrazy z nim, pamiątki po nim, malowidła ścienne. W pałacu tym szczególnie w oczy rzucają się ładne, długie, wyłożone pięknym chodnikiem schody prowadzące do sali ślubów. Niestety, w czasie gdy tu byliśmy żaden ślub się nie odbywał. Szkoda.

Wieczorem Dasza wyciągnął nas niemal z łóżek do nocnego lokalu. Koniecznie chciał pokazać nam nocne życie Ułan Bator. Całkiem blisko naszego lokum jest dosyć ekskluzywny nocny lokal. Ekskluzywny w środku, bo przed wejściem do niego jest wręcz odwrotnie. Połamane schody, ciemno, błoto, kałuże, brak oświetlenia. A w środku szok - lokal na światowym poziomie. Ochroniarze w garniturach, piękne, młode kelnerki, wystrój na najwyższym poziomie. Czekał w nim już na nas pewien Szwed, który razem z nami przyjechał z Moskwy do Mongolii. w pociągu nieraz się spotykaliśmy. Fotoreporter podróżujący z żoną, służbowo. Sprzęt fotograficzny miał naprawdę wysokiej klasy. Za wstęp nic tu się nie płaci, tylko za to co się skonsumuje. Dużo nie zamawialiśmy bojąc się wielkości rachunku. Ale jednak co-nieco trzeba było wziąć. Występy zaczęły się po zerowej i trwały kilka godzin, my wyszliśmy około 2 w nocy, jeszcze przed końcem. Tańczące dziewczyny, występujący zespół chiński, którego członkowie leżeli na gwoździach a inni po nich skakali, konsumpcja szklanek itp. Gwoździem programu, jak na ogół wszędzie, był striptease. I tu zaczęły się problemy. Nikt nie zabraniał robić zdjęć podczas występów, ale w czasie stripteasu na ogół tego się nie robi. A Dasza miał aparat i musiał go wykorzystać. Dlaczego jednak podczas scen rozbieranych tego nie wiem? Podszedł do niego ochroniarz i poprosił o aparat, o film. Dasza odpowiedział, że da za chwilę, że musi wyjść. Poszedł do toalety, zdołał tylko szepnąć Andrzejowi, że powoli wychodzimy. I zniknął. I nam i ochroniarzom. Dobrze, że wcześniej został zapłacony rachunek. My po chwili wyszliśmy szukać Daszy. Ciemno, brzydko, nieprzyjemnie. Nagle z najciemniejszego miejsca dobiega głos Daszy - “Andriej, Andriej”. Idziemy w tym kierunku, stoi zadowolony Daszka. “Mam - mówi, nie zabrali mi aparatu, Udało się”. Weseli, roześmiani wróciliśmy do domu. Dzisiaj i Dasza nie poszedł spać do domu, został u nas. Jedna kanapa stała wszak wolna. Od rana mógł nas znowu oprowadzać po mieście.

I tak się stało. Może nie od samego rana, bo jak wspomniałem, Mongołowie mają na wszystko czas, ale po śniadaniu poszliśmy znowu do miasta. Wynajętą taksówką pojechaliśmy na obrzeża miasta, gdzie na sztucznie usypanej górze stoi pomnik bohaterów II wojny światowej. Z góry roztacza się widok na całe miasto. Dopiero stąd widać, że Ułan Bator to miasto położone u stóp gór, w kotlinie, a wokół rozciągają się stepy. Pod pomnik na górze przychodzą młode pary składać kwiaty, widzieliśmy również absolwentów wyższych uczelni, którzy bezpośrednio po odbiorze dyplomu również tu przyjeżdżali. Już samo wejście na szczyt po setkach stromych schodów jest już jakimś wyczynem. Ilona, jako że dużo pali, miała z tym niejakie trudności, ale po wielu odpoczynkach, jakoś udało jej się wdrapać. Andrzej, jak zawsze w takich wypadkach, teraz również, razem z Daszą obeszli pomnik 3 razy wokół, aby im się dobrze powodziło. Zresztą Ela też dotrzymała im kroku. Na szczycie, przy pomniku ciągle ktoś jest, jedni schodzą, inni już wchodzą na górę. Ruch jak na autostradzie.

Obok góry znajduje się ogromny, podobnie jak w buddyjskiej świątyni, posąg Buddy. Nie wiem, czy nie jest to replika tego, który oglądaliśmy wczoraj w buddyjskiej świątyni. Tu również trzeba było obejść go trzykrotnie wokół. Boże, jaki Andrzej może być bogaty po powrocie. Obchodząc tyle razy najróżniejsze miejsca, Andrzej nauczył się przy okazji pewnej modlitwy od Daszy, która to modlitwa również powinna zapewnić dobrobyt. Nie jest długa, powtarza się ją kilkakrotnie “o many, bad me chum”.

W dalszą drogę pojechaliśmy taksówką, która cały czas na nas czekała. Po pewnym czasie dojechaliśmy do kolejnej atrakcji turystycznej - wioski złożonej z samych jurt. Obok pasł się wielbłąd. Dasza od paru dni zapewniał nas, że jeszcze pojeździmy na wielbłądzie, lecz nikt mu w to nie wierzył. A jednak dotrzymał słowa. Solidna firma. Wioska ta powstała chyba tylko na potrzeby turystów. Jacyś ludzie w niej się krzątali, lecz chyba nie mieszkali tu na stałe. Byliśmy w jurcie. Do jurty zawsze wchodzi się prawą nogą (inaczej byłoby to odczytane jako brak szacunku). Mężczyźni wchodzą na prawo, kobiety na lewo. Zaraz po wejściu należy skłonić się przed ołtarzykiem, który zawsze w jurcie się znajduje. Wymaga tego grzeczność, nigdy nie należy o tym zapominać.

Wioska ta jest położona w małej kotlince nad brzegiem strumyka. Lekkie słońce i chmury na niebie oraz góry w oddali powodowały, że miejsce to wydaje się naprawdę piękne. Ela z Iloną czym prędzej pobiegły do pasącego się wielbłąda. Dobrze, że był uwiązany, bo okazał się niezbyt miły. Gdy podeszliśmy za blisko, ostrzegał nas chrapiąc, w pewnym momencie zaczął pluć. Po chwili przyszedł jego przewodnik i dopiero go uspokoił. Wielbłąd po wielu jego namowach usiadł, mogliśmy usiąść na nim. Oczywiście zrobiliśmy przy okazji sesję zdjęciową. Będzie czym w domu się pochwalić. Znowu, po raz kolejny okazało się, że nasz Dasza nie rzuca słów na wiatr, że jak coś powie, to stara się dotrzymać słowa. Takich ludzi lubię.

Zmęczeni, wykończeni, ale szczęśliwi chcieliśmy, przede wszystkim jednak dziewczyny, wracać do domu. Ale Dasza miał dla nas, szczególnie dla Andrzeja - miłośnika złotego trunku, jeszcze jedną niespodziankę. Pojechaliśmy do pewnej restauracji o nazwie, jakżeby inaczej - Dżingis-Chan. W środku duża sala i dużo gości. Większość białych. Restauracja dla przybyszów, swoi dobrze ją znają. Za dużą, przeszkloną ścianą widać kadzie do ważenia piwa. Restauracja sama waży ten trunek. Andrzej był zachwycony. Podobno w Polsce bardzo mało jest tego typu przybytków. A ten tu, w Ułan Bator ma już swoją tradycję i klimat. To się zresztą odczuwa zaraz po wejściu tutaj. Niestety, Andrzej nie mógł tu kupić kufla, które zaciekle w domu kolekcjonuje. Jutro i w innym miejscu - tak nam powiedziano. Andrzej był niepocieszony, przecież jutro rano już stąd wyjeżdżamy. Szkoda. I tutaj znowu na ratunek ruszył Dasza - kupię Ci go i przyniosę do pociągu, gdy będziecie wracać z Chin - zaofiarował się, tylko napiszcie mi kiedy. Andrzej z chęcią przystał na tę propozycję. Będzie okazja jeszcze raz zobaczyć się z Daszką.

Po powrocie nie pozostało nam nic innego, jak tylko zacząć się pakować. Andrzej poszedł jeszcze do kawiarni karaoke pożegnać się z nią. Nie wiadomo, czy i kiedy jeszcze tu będzie. Zresztą Andrzejowi piwo w domu nie smakuje. Ono nabiera dopiero szczególnego smaku, gdy pije je w odpowiednich warunkach, w warunkach kawiarnianych, w knajpie, przy ludziach. Jak mówi - piwo lubi towarzystwo. Chyba coś w tym jest. Tylko biedna Ela musi ciągle na niego czekać. Ale już niedługo, jutro rano wyjazd.

Podróż trasą transmongolską.

W czwartek rano Dasza odprowadził nas na dworzec. Pogoda w Ułan Bator nadal mało wiosenna, nadal jest zimno i mokro. Po oberwaniu chmury sprzed trzech dni, nadal na ulicach mnóstwo kałuż, woda ciągle nie ma gdzie spływać. Dalej jest zimno. Czyżby cały nasz urlop miałby tak wyglądać? Jesteśmy jednak dobrej myśli, jedziemy szukać nowych wrażeń, może i pogoda będzie nam przychylna? Liczymy na to, nic innego nam nie pozostaje.

Pożegnanie na stacji to jak zawsze nic przyjemnego. Widziałem, że Ela miała nawet łzy w oczach. Ale za dwa tygodnie zobaczymy się a Daszą, tak się umawiamy. Zostaje na peronie, a my długo mu jeszcze machamy na pożegnanie. Do Chin wiezie nas pociąg mongolski, złożony z mongolskiej obsługi. Wszystko, podobnie jak w pociągu chińskim, na wysoki połysk. W naszym wagonie jest jeden konduktor i jedna konduktorka, prowadnica. Młoda, ładna, przyjemna dziewczyna. Dogadać się jest nadal trudno, podobnie jak z Chińczykami, ale jakoś sobie radzimy. Obsługa pociągu ciągle jest zajęta. Jak nie obsługują pasażerów, to robią sobie jedzenie, jak nie to, to sprzątają, wycierają kurze, odkurzają chodniki w korytarzu. Gdy brakuje zajęć - sami sobie ich szukają. Na każdym postoju otwierają drzwi wagonu, wycierają poręcze, pilnują, czy wszyscy przed odjazdem wsiedli. Nie sprawdziliśmy co by było, gdyby ktoś z nas nie wrócił na czas do pociągu. Gdy Andrzej biegał do sklepów poza stację widać było, że obsługa się denerwuje, że ciągle nas liczy i sprawdza, czy są wszyscy, czy Andrzej wrócił. Oddychali zawsze z ulgą, gdy pociąg ruszał i był w tym czasie komplet pasażerów.

A za oknami stepy i góry. Jedno, co nas mocno dziwi patrząc przez okno to to, jak jest wytyczona trasa tej kolei. Ciągłe łuki, ciągłe zakręty, niejednokrotnie więcej jak o 180 stopni. Kto to tak budował i dlaczego? Jedynym wytłumaczeniem, jak nam się wydaje, może być różnica wzniesień, bo teren widać, że jest mocno górzysty. Pomijając jednak przebieg trasy widzimy, że wokół nadal stepy i stepy. Nadal tory od tych stepów cały czas odgrodzone są drutem kolczastym. Im dalej jedziemy, im bliżej Chin, tym step ten staje się bardziej ubogi, coraz mniej zieleni, trawy, drzew, coraz więcej piasku, pustyni. Tylko drut kolczasty nas nie opuszcza. Zwierzęta coraz bardziej wychudzone. Co one tu jedzą? Bo chyba nie piasek. Co jakiś czas widzimy padłe zwierzęta, wystające z ziemi żebra, latające ptaki szukające padliny. Im dalej, tym gorzej. Mijane stacje i osady leżą na pustyni. Brak dróg, coraz więcej biedy. Mniej jurt, więcej chałup, raczej biednych. W Mongolii bogactwa nie widzieliśmy. Ale widzieliśmy szczęśliwych ludzi. Tutaj widać naprawdę, że pieniądze szczęścia nie dają, że można bez nich się obejść, można bez nich żyć. Ci ludzie mają więcej od nas czasu, nie widać nigdzie pośpiechu, bieganiny, na wszystko jest czas. Tych ludzi cywilizacja jeszcze nie popsuła i miejmy nadzieję, że prędko ich nie popsuje.

Tak mija nam cały dzień. Wieczorem, około 20.00 czasu mongolskiego docieramy do granicy mongolsko - chińskiej. W Dżamyn-Ude stoimy ponad godzinę, kontrola przebiega bez zakłóceń, nikt nas specjalnie nie niepokoi, widać, że jesteśmy turystami. Nie sprawdzają się informacje przeczytane w internecie, że Mongołowie domagają się datków, że kto nie zapłaci, ma spore kłopoty. Mongołowie na granicy, (podobnie jest w innych, mijanych przez nas miastach granicznych) są ładnie umundurowani, są grzeczni i mili, widać, że mają europejskie podejście do pasażerów, chociaż jesteśmy od Europy dosyć daleko. Jedyne utrudnienie, odnosi się to do wszystkich przekraczanych przez nas granic, to deklaracje. Wypełniać ich trzeba na każdej granicy po kilka. Celnicy nawet nie zawsze mają czas, aby nimi się zająć. Na ogół nikt ich nie zabiera, są stemplowane i oddawane. Andrzej zapytał którejś celniczki, co z nimi robić? “Do kosza” odpowiedziała. Przynajmniej była szczera. Doszło do tego, że na jednej z granic nie zdążyliśmy jeszcze wypełnić deklaracji, a już je zbierali. Podstemplowano nam je nie wypełnione i oddano. Od razu do kosza - tak właśnie zrobiliśmy. Ale każdy ma swoje obowiązki, które musi wykonywać w pracy. Celnicy mają na głowie deklaracje. A że nikt ich nie potrzebuje to już inna sprawa. Kosz rozwiązuje tę niedogodność.

Po odprawie mongolskiej mijamy granicę chińską i wjeżdżamy do tego kraju. Erlain to miejscowość graniczna, tutaj przechodzimy kontrolę chińską. Tak jak wszędzie czas mija powoli, celnicy mają czas. Po odprawie jedziemy na halę, gdzie znowu wymieniane są wózki w wagonach na mniejszy rozstaw osi. Powtarza się procedura z Brześcia. Wagony do góry, zmiana wózków, wagony na dół, odjazd na stację. Tutaj też można wyjść z wagonu i obserwować pracę mechaników. Po wymianie jeszcze postój w Erlanie, dosiadają się nowi pasażerowie do naszego wagonu. Wszystkie miejsca zostają zajęte, jadą z nami i Chińczycy i Mongołowie. Widać, że pociągi tu często nie kursują. Andrzej, chociaż to noc, idzie na stację na zakupy i zorientować się w cenach. Nie są wysokie, są niższe niż w Rosji. To dobrze, może nie zbankrutujemy w czasie tego wyjazdu. Przynosi świeże piwo, jakieś bułki i mandarynki w syropie. Za grosze. Próbujemy tych specjałów i idziemy spać.

Budząc się rano widzę, że krajobraz, któryś raz z rzędu w tej podróży zmienił się diametralnie. Nie ma pustyni, nie ma nieużytków. Jest trawa, są drzewa, są wioski. Inne niż w Mongolii. Większość mijanych w Chinach osad jest biednych, bardzo biednych. Biedę widać tu na każdym kroku. Domki gliniane, stykające się jeden z drugim, ogrodzone również glinianym lub ceglanym płotem. Widać, że ich mieszkańcom się nie przelewa. Ale anteny satelitarne co jakiś czas nam migają. Zresztą cóż to dzisiaj znaczy telewizja? Jest to taki sam środek informacyjny jak gazeta czy radio. Nic nadzwyczajnego, nic nadzwyczaj drogiego. Każdy kawałek ziemi widać, że jest wykorzystany, uprawiany. Tego nie widzieliśmy ani w Rosji, ani w Mongolii. Co jakiś czas migają nam pola ryżowe. Są nawodnione, woda nie jest tu towarem deficytowym. Widziałem z okien pociągu chłopów orzących wołami. Jak u nas w XIX wieku. Czyżby tu zacofanie było aż tak wielkie? Nie chce nam się w to wierzyć, ale w biedę wierzymy, bo widać ją gołym okiem.

Przy każdej chińskiej osadzie, przy każdej wiosce wzdłuż torów walają się góry śmieci. Z odpadami chyba nic tu się nie robi, a mieszkańcy wsi zdani są wyłącznie na siebie w ich zagospodarowaniu. Najłatwiej je wywieść koło torów, nie rzucają się w oczy, przynajmniej z wioski. A że widać je z pociągu, że szpecą okolicę, tym niewielu się przejmuje. W tym względzie Chińczyków czeka jeszcze sporo pracy.

Mongolski pociąg, a takim przecież jechaliśmy z Ułan Bator do Pekinu, ma w swoim rozkładzie jazdy postój na niewielkiej stacji Chjancziakounan, skąd rozciąga się przepiękny widok na chiński mur. Pociąg specjalnie jedzie do tej stacji, aby pasażerowie zobaczyli ten cud ludzkiej techniki, aby mogli zrobić sobie tu zdjęcia. Potem jedziemy w drugą stronę, wracając na swoją linię do Pekinu. Niestety, gdy tu byliśmy, pogoda była fatalna, deszcz i niski poziom deszczowych chmur sprawiły, że zdjęcia nie wyszły dobre, ale zobaczyliśmy po raz pierwszy chiński mur. Mamy nadzieję być jeszcze na nim, więc zbytnio pogodą się nie przejęliśmy.

Planowo o godzinie 14.30 pociąg wjechał na stację w Pekinie. Od razu widać, że dworzec jest ogromny i masa tu ludzi. Wszędzie chińskie napisy, nic nie możemy odczytać. Czy tak jest wszędzie? Jak się tu porozumiemy? Zobaczymy. Dojechaliśmy tak daleko, może tu nie zginiemy. Po wyjściu z pociągu spotykamy szwedzkiego fotoreportera, który był z nami w Ułan Bator. On z żoną ma adres hostelu studenckiego, gdzie ma zamiar nocować za niskie pieniądze. Bierzemy na wszelki wypadek ten adres, robiąc po prostu zdjęcie ulotce. Potem nie skorzystaliśmy z tego, zresztą nie było takiej potrzeby. Niestety, ja przez pomyłkę zgrałem wszystko z karty z aparatu na mój dysk, a dane z karty po prostu skasowałem. A dysk będę mógł odczytać dopiero w domu. Uświadomił mi to Andrzej, ale było już na cokolwiek za późno. Dobrze, że my mieliśmy również adres niedrogiego hotelu, w którym to zamieszkaliśmy.

Pekin

Pekin przywitał nas pogodą wilgotną, ale upalną. Temperatura wahała się chyba w granicach 30 stopni. Co teraz robić? Gdzie się udać. Jak wspomniałem, mieliśmy adres w miarę taniego hotelu, tam chyba zamieszkamy, ale póki co próbujemy kupić miejscówki na dalszą podróż, do Xianu, do Chengdu. Jak tu się porozumiemy? Zobaczymy. Idziemy z Andrzejem do kas biletowych, których są tu niezliczone ilości, dziewczyny tradycyjnie pilnują bagaży siedząc podobnie jak miejscowi Chińczycy na gazetach, bezpośrednio na chodniku, na placu przydworcowym. Próbujemy odczytać z tablicy odjazdów, jak jeżdżą pociągi do Xian i Chengdu, ale nie udaje się to nam. Wszędzie chińskie krzaczki. No cóż, musimy poradzić sobie inaczej. Wokół dworca jest bardzo czysto i schludnie, ale ludzi są nieprzebrane ilości. Ogromny plac przed dworcem jest zapełniony. Nie ma ławek, wszyscy siadają na ziemi, niektórzy leżą, nawet śpią. Plac ciągle jest sprzątany, nie ma śmieci.

Okazuje się, że w kasie biletowej niektóre kasjerki znają angielski. To dobrze. Źle, że my go nie znamy za dobrze, jednak Andrzej czuje się na siłach, aby rozmawiać z kasjerką i kupować u niej bilet. Na ten nasz bilet też w kasie patrzą jak byk na wodolot. Od razu widzimy, że będą kłopoty. Tak też jest. Po wielu próbach wytłumaczenia o co nam chodzi, dowiadujemy się, że po miejscówkę trzeba iść do hotelu INTERNATIONALE naprzeciw dworca. Jest tam biuro zajmujące się sprzedażą biletów i miejscówek na terenie Chin. Idzie tam  Andrzej z Elą, jednak również nic nie załatwiają. Wracają na dworzec, wracamy do punktu wyjścia. Idziemy jeszcze raz do kasy kolejowej. Kasjerka widząc nas traci od razu humor. Dogadujemy się z nią na tyle, że próbuje sprzedać nam miejscówkę, ale chyba z biletem, ba za drogo to wszystko ma nas kosztować. Nie zgadzamy się na tą cenę, jesteśmy jeszcze raz odesłani do hotelu przy dworcu. Andrzej wpada na pomysł i dzwoni do Gdyni, do znajomego Chińczyka, on zna polski, zna chiński, może telefonicznie coś załatwimy. Niestety, rozmowa z Polską trwa paręnaście minut i nic nie daje poza sporymi kosztami połączenia. Będziemy jednak ponosić z Andrzejem je wspólnie. Znowu z dworca jesteśmy odesłani do hotelu. Typowa spychologia, ale cóż możemy zrobić? Chyba niewiele. Idziemy do hotelu i tu spotykamy się z kierownikiem ich biura. On również rozmawia telefonicznie z Chińczykiem z Polski. I ta rozmowa nic nie daje poza tym, że umawiamy się na jutro na 10 rano. Jesteśmy dobrej myśli, jutro chyba załatwimy sprawę miejscówek. W miarę dobrych humorach coś przekąszam z Iloną w miejscowym KFC i idziemy na postój taksówek. Trzeba dojechać do hotelu. W międzyczasie idziemy z Andrzejem do pobliskiego hotelu, gdzie powinna być, według reklamy “wymiana walut” - zamienić dolary i euro na juany. Załatwiają to w recepcji. Niestety, nie możemy się porozumieć po angielsku z recepcjonistką. Na blankiecie w pewnym miejscu każe nam wpisać numer. Ale czego? Tego nie mówi. Numer hotelu? Buta? Dowodu? Paszportu? Nie wiemy, a ona powtarza jak automat “number i number”. W końcu czekamy, aż ktoś obok nas załatwia podobną transakcję. Okazuje się, że number to numer pokoju (room). Nie mogła tego od razu powiedzieć? Mogła. Nie stracilibyśmy tyle czasu. A sprawy i tak tu nie załatwiliśmy, bo numer pokoju był sprawą kluczową - wymiana walut w recepcji dotyczy tylko gości hotelowych. A tyle naczytałem się  przed wyjazdem, że walutę można wymienić praktycznie w każdym hotelu. I znów nieścisłość. W końcu wymianę tą załatwiliśmy w pobliskim banku “Bejing”. Bez kłopotu, bez uwag, bez numeru pokoju.

Na postoju szok, za dojazd do naszego hotelu taksówkarze żądają 180 juanów, to jest ponad 70 zł. Targujemy się ostro, staje na 120 juanach (prawie 50 zł.). Cóż możemy zrobić nie znając miasta ani jego zwyczajów. Bierzemy taksówkę i jedziemy. Czytając wiele o przekrętach taksówkarzy w tym mieście nagrywam na moim aparacie moment zapłaty za kurs (jeszcze przed jego wykonaniem, inaczej nie chcieli jechać) pośrednikowi. Taksówkarz nie chciał wziąć kasy. Baliśmy się, że na miejscu zechce jeszcze raz zapłaty za przejazd. Widząc, że mam  to nagrane, dowiózł nas na miejsce bez dodatkowych kosztów. Jechał z nami z 15 minut. A więc jednak hotel leży dosyć daleko od dworca.

Okazało się, że nasz hotel leży nieco na uboczu, nie przy samej ulicy. Nie jest to hotel ze szkła i aluminium, ale to dobrze, to i ceny nie będą z kosmosu. Na miejscu okazuje się, że noc w pokoju dwuosobowym kosztuje 200 juanów (80 zł.) Płacimy z góry za 2 noce, ale musimy jeszcze dopłacić po 100 juanów za pokój. Za co? Trudno się o to dopytać. Płacimy, bo chcemy w końcu odpocząć. Ja z Iloną mam pokój na 1 piętrze, Andrzej z Elą piętro wyżej. Pokoje są czyściutkie, z telewizorem i łazienką. Jest klima. To dobrze, bo duszność jest nie do wytrzymania. Pierwsze co robimy to uruchamiamy ją. Rozpakowujemy się, zamieszkujemy w końcu w pokoju. Pierwsza rzecz to kąpiel. Po tylu dniach w podróży, bez możliwości dokładniejszego umycia się, w końcu mamy luksus. Cudowne uczucie. Jest już późno, jest ciemno. Zjadamy coś jeszcze z naszych podróżnych zapasów, wypijamy po drinku i idziemy spać. Jutro wszak mamy nadzieję dostać miejscówki na pociąg, na dalsze zwiedzanie Chin. Z tą myślą szybko usypiamy.

Rano szybko coś przekąszamy i lecimy z Andrzejem szukać dworca (taksówką nie pojedziemy, za drogo) i hotelu INTERNATIONALE. Recepcjonistka pokazuje nam na planie miasta gdzie mieszkamy, a gdzie leży dworzec kolejowy. Mamy nadzieję, że trafimy na odpowiedni dworzec, na ten, na który przyjechaliśmy. Bo dworców kolejowych jest w centrum Pekinu kilka. Nadal jest niesamowicie gorąco, duszno. Ale klimat jest jakiś inny niż u nas. Jest duszno, ale nie leje się z nas pot, chociaż staramy się na bieżąco uzupełniać z Andrzejem “płyny” w organizmie. Okazuje się, że Andrzej doskonale orientuje się w tym obcym mieście. Stwierdził, że dworzec nie może być daleko, mi wydawało się odwrotnie. Przecież wczoraj taksówkarz nie wiózłby nas dookoła miasta mając już opłacony kurs. Okazało się, że Andrzej miał rację, że do dworca nie jest zbyt daleko - około 3 kilometrów, że taksówkarz nas oszukał i na cenie, i na objeździe miasta. Nie wiemy tylko po co? Przegrałem zakład z Andrzejem, trudno. Do dworca można od nas z hotelu iść pieszo około pół godziny, można też dojechać trolejbusem lub autobusem za 1 juana. Bilety, jak zawsze w Pekinie, sprzedaje konduktorka w pojeździe. Nie tylko sprzedaje bilety, ale również usadza podróżnych, zapowiada przystanki, mając mikrofon i głośnik na zewnątrz pojazdu “ustawia” wsiadających do odpowiednich drzwi. Widzieliśmy nawet, jak stojąc w korku “ochrzaniała” kierowców innych pojazdów blokujących przejazd.

Niestety, gdy odnaleźliśmy drogę do dworca, gdy nieco poznaliśmy miasto, okazało się na miejscu, że dzisiaj miejscówek do Xian i Chengdu nie kupimy. Kierownik biura w INERNATIONALU “zaśpiewał” nam taką cenę, że na jej widok zrezygnowaliśmy. Przecież miejscówki do Chengdu nie mogą kosztować tysiąca złotych. Znowu stoimy pod ścianą, znowu walczymy dalej. Znowu idziemy na dworzec, znowu nie możemy się porozumieć, znowu jesteśmy odsyłani do hotelu. Ale nie ma dzisiaj kasjerki, która wczoraj w końcu chciała sprzedać nam bilety. Może z nią jakoś się dogadamy, zrozumiemy o co tu chodzi? Poczekamy do nowej zmiany, może zmieniają się w kasach podobnie jak u nas, wieczorem? Może o 19.00? Zobaczymy. Nie mamy nic już do stracenia. Bo co robić dalej, jeśli nie pojedziemy w głąb Chin? Wracać wcześniej do domu niewiele tu widząc? Chyba nie. Ale co robić tyle czasu w Pekinie? Poznawać go od podszewki, bo będzie tyle czasu? Nie wiemy, ale mamy jeszcze czas na zastanowienie się. Najbliższy wszak pociąg odjeżdża do Moskwy w środę rano, dzisiaj jest sobota, 3 czerwca. Jeśli za dzień czy ostatecznie dwa dni nie kupimy miejscówek, dalej już nie pojedziemy. Zabraknie nam na to wszystko czasu. Do Chengdu jest bowiem ponad 2 tysiące kilometrów, trzeba mieć czas na dojazd i powrót do Pekinu i do domu. A my jesteśmy ograniczeni czasem urlopu, musimy wszak wrócić do pracy na 24 czerwca.

Wracając piechotą do naszych żon, do hotelu, rzuca nam się w oczy pewna restauracyjka z kaczką podawaną po pekińsku. Będąc w tym mieście trzeba przecież spróbować tego frykasa. Wchodzimy zobaczyć cenę - 88 juanów (około 35 złotych) za całą. Weźmiemy żony i wrócimy tu na obiad. Tak też robimy.

Wracając do “naszej” restauracji na kaczkę, skracamy sobie drogę “na skos”, nie po głównych ulicach, a po starych hutongach. W pewnym momencie nieco błądzimy. Dzięki temu widzimy na własne oczy, co znaczy tutaj hasło “Olimpiada Pekin 2008″. Stare, urocze, piękne uliczki - hutongi, mające niejednokrotnie po kilkaset lat i własny klimat, są zastępowane nowoczesnymi hotelami, biurowcami, ulicami. U nas nazwalibyśmy to zbrodnią, a winni tego tłumaczyli by się w sądach (tak to wygląda teoretycznie, ale i u nas bywają z tym przekręty, wiemy o tym). Tutaj jest to norma i nikt chyba przeciw temu nie protestuje, nic przynajmniej o tym nie słyszeliśmy (a może słyszeliśmy po chińsku i nie zrozumieliśmy?). Aż przykro było na to patrzeć. Szliśmy kawał drogi po terenie, gdzie jeszcze niedawno tętniło życie, gdzie stały jeszcze nieraz bardzo stare zabudowania przygotowane do wyburzenia. A obok powstawało już nowe, nowoczesne miasto. Przykry widok. Przecież Pekin jest taki ogromny, zajmuje podobno obszar równy połowie terytorium Belgii. Czyżby nie było już tu miejsca na nowe dzielnice, ulice, place? Na pewno jest, ale tu jest samo centrum tego molocha, a wina starych uliczek jest to, że są właśnie w centrum. Przypuszczam, że na uboczu stare uliczki pozostają nienaruszone. Przeszła nam w pewnym momencie chęć na kaczkę, ale przecież nie mogliśmy sobie jej tutaj odpuścić. Wreszcie dotarliśmy. I znowu zgrzyt. Bierzemy menu, a tu jak byk napisane - kaczka po pekińsku 138 juanów. Co jest? Nie tutaj byliśmy parę godzin temu? Dlaczego zmieniła się cena? Po chwili uświadamiamy sobie i przypominamy, co czytaliśmy nieraz o tym mieście. Cena się zmieniła, bo jest właśnie pora obiadowa. Co robić? Tak już byliśmy nagrzani na tę kaczkę, że nie możemy jej sobie podarować. Na czym innym i kiedy indziej będziemy oszczędzać, ale dzisiaj mamy ucztę. Bierzemy. Tym bardziej, że tak smakowicie wygląda. Upieczoną kaczkę na naszych oczach kelner pozbawia kości, a nam podaje na półmisku same płaty mięsa. Do tego dla każdego z nas jakieś sosy, ogórki, warzywa. I na środku stołu dostajemy cienkie naleśniki. Do czego? Jak to się je? Nie wiemy, ale jakoś sobie radzimy, tylko inni goście i kelnerzy dziwnie na nas patrzą. Wiadomo, słabo jeszcze jemy pałeczkami, a sztućców tu się nie podaje, a i tą kaczkę chyba inaczej się je. Ale jakoś udaje nam się zaspokoić głód, oraz co niemniej ważne, dostarczyć miłych wrażeń naszemu podniebieniu. Bo trzeba przyznać, że danie to jest wspaniałe, warte swojej ceny. Miód w gębie. Wybiegając nieco do przodu dodam, że jedząc za parę dni podobną kaczkę (ale tańszą nieco i nie tak już wspaniałą) kelnerka zlitowała się nad nami i pokazała, jak należy konsumować takie danie. Naleśnik kładzie się na talerzu, na niego kładzie się kawałek lub dwa umoczonej w sosie kaczki, do tego ogórki i inne warzywa też z sosem. Naleśnik teraz się zwija i biorąc do ręki - je. Teraz już do końca życia będziemy wiedzieli jak konsumować tak wykwintne danie. Do wieczora niewiele już jemy nie chcąc psuć sobie smaku. Niezapomniane wrażenia smakowe, nie da się ich opowiedzieć, opisać. Tego trzeba spróbować. I to koniecznie w Pekinie.

Wracając zwiedzamy miasto, oglądamy sklepy, porównujemy ceny. Czas szybko mija, docieramy do dworca. Niestety, niczego dzisiaj już tu nie załatwiamy. Ja za to robię piękne, nocne zdjęcia pekińskiego dworca i jego okolic. Wypijamy, dla ugaszenia pragnienia, po piwie i powoli wracamy “do domu”.

Niedzielę poświęcamy na poznanie placu Tienanmen i jego otoczenia. Mieszkamy niezbyt daleko od tego miejsca, robimy sobie spacerek. Po drodze jednak wstępujemy na ukryty nieco bazar, przede wszystkim dla turystów. Można tu dostać wszystko, czego turysta potrzebuje, wszystkiego rodzaju pamiątki ze stolicy Chin. Kupowanie w Chinach, w Pekinie, nie tylko na bazarach czy rynkach, ale również w sklepach, to ciągłe targowanie się o cenę. Kto się nie targuje - przepłaca i to nieraz słono. Chińczycy uwielbiają targować się, a kto nieopatrznie zainteresuje się jakimś przedmiotem z czystej ciekawości, ten przepadł. Na ogół musi go kupić, Chińczycy nie przepuszczą okazji, aby taki przedmiot sprzedać, wręcz wcisnąć go turyście. Na pierwsze pytanie o cenę na ogół pada odpowiedź wzięta chyba z kosmosu. Odchodzę, nie chcę się dalej targować słysząc taką odpowiedź. Sprzedający jednak mnie nie puszcza, ciągnie niemal na siłę, wciska kalkulator - napisz swoją cenę. Więc i ja biorę ją z kosmosu, tak ją zaniżam. Teraz Chińczyk spuszcza nieco z ceny, ale nadal jest ona nie do przyjęcia. Dla obu stron. Ja też minimalnie ją podnoszę, on znowu opuszcza, aż do skutku, aż do momentu, gdy obie strony na coś się zgodzą. Bywa, że sprzedający na żarty “bili” kupującego, ale na ogół transakcje kończą się dobiciem targu. Bo niewyobrażalna jest sytuacja, gdy się targujesz, on opuszcza cenę bardzo, bardzo znacznie, a ty rezygnujesz z zakupu. To jest w złym guście, wszyscy o tym wiedzą i wszyscy tego się trzymają.

Na placu Tienanmen Mao Tse Tung w 1949 roku ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. To tutaj 4 czerwca 1989 roku władza krwawo rozprawiła się z protestującymi studentami rozjeżdżając ich m.in. czołgami. Zginęło wtedy być może nawet 4 tysiące ludzi. W latach 90-tych plac i przylegające doń ulice przebudowano, obecnie na plac może wejść jednorazowo nawet milion ludzi. Plac robi przytłaczające wrażenie, jest wielki, monumentalny, jakiś wiecznie odświętny. Ciągle jest pilnowany, obstawiony i przebywając przez tyle dni w Pekinie, tylko tutaj widzieliśmy co to znaczy ciągła obserwacja, niemal inwigilacja. Wokół pełno wojska i policji, nie tylko w mundurach, ale i po cywilnemu. Wieczorem, po zmierzchu, po uroczystym zdjęciu flagi państwowej i zmianie warty. plac jest zamykany i wszyscy są z niego wypraszani. Państwu już dzisiaj dziękujemy, zapraszamy jutro, można usłyszeć, oczywiście po chińsku. Tym niemniej plac prezentuje się okazale nie tylko w dzień, ale również w nocy. Przed zamknięciem zdążyłem szybko zrobić kilka zdjęć, zresztą sam plac jest na noc zamykany, tym niemniej przylegające doń ulice są czynne, otwarte i można z nich robić zdjęcia. Turystów jest tu masa i każdy niemal z nich pstryka pamiątkowe fotografie.

Do placu przylega Zakazane Miasto - dawna stolica, miejsce, gdzie nikt obcy nie miał wstępu, gdzie do 1911 roku wstęp mieli tylko cesarze i ich otoczenie. Miasto dla obcych było zakazane. Teraz to się zmieniło, Zakazane Miasto mogą oglądać nie tylko Chińczycy, ale i inni. Najlepszym na to dowodem jest to, że my też tam byliśmy, też je zwiedziliśmy a na dowód tego mamy wykonanych mnóstwo zdjęć.

Zakazane Miasto to ogromny teren, gdzie stoi kilka pałaców, które obecnie zamienione są na muzea, są siedziby służby, ochrony, pomocników, eunuchów, jest wielki park, są tysiące podwórek, zakamarków, parków itp. Do zakazanego miasta od placu Tienanmen (Plac Niebiańskiego Spokoju) wchodzi się poprzez bramę o tej samej nazwie (po polsku - Brama Niebiańskiego Spokoju), gdzie od frontu wisi znany na całym świecie portret Mao Tse Tunga. Aby zwiedzić to miejsce trzeba wydać 60 juanów, ale nie są to wyrzucone pieniądze, zwiedzania starcza na cały dzień, a to, co tam się zobaczy niejednokrotnie zmieni nasze wyobrażenie o roli i o życiu rodziny cesarskiej w starożytnych Chinach. Teren ten w dalszym ciągu jest konserwowany, odbudowywany, upiększany i jestem przekonany, że w przyszłości miejsce to będzie jeszcze piękniejsze, jeszcze bardziej eksponowane. Roboty cały czas trwają, a to, co obecnie udostępnione jest turystom, to tylko część większej całości.

W poniedziałek rano wstałem z Ilona wcześniej, poszliśmy na śniadanie do restauracji w naszym hotelu. Tu okazało się, że w cenę pokoju wliczone jest również śniadanie, nie mogliśmy na ten temat dogadać się z obsługą, teraz stwierdziliśmy to naocznie. Szkoda, że nie wiedzieliśmy tego wcześniej, nie musielibyśmy rano biegać po mieście w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Śniadania w naszym hotelu okazały się dosyć dobre, chociaż niezbyt urozmaicone. Po paru dniach człowiek z chęcią spróbowałby czegoś innego. Ale cóż? Ideałów nie ma nigdzie, lepsze to niż nic. Wygoda przede wszystkim. A zaspokojenie bardziej wykwintnych potrzeb podniebienia zostawiamy sobie na godziny późniejsze.

Do środy, do 5 czerwca walczyliśmy o miejscówki na dalsze zwiedzanie Chin. W środę uświadomiliśmy sobie, że nie damy rady już nigdzie dalej pojechać, że nie starczy nam na to czasu. Zapadła decyzja - zostajemy tu jeszcze tydzień i 14 czerwca wracamy do domu. Miejscówki na pociąg do Moskwy kupuje się jeszcze w innym miejscu, w innym biurze, ale na szczęście w tym samym hotelu INTERNATIONALE. Tutaj też musieliśmy trochę powalczyć o nie, gdyż ciężko nam było porozumieć się po chińsku. Na szczęście znalazł się pewien młody człowiek, który znał w miarę dobrze język rosyjski, jakoś się porozumieliśmy. Okazało się, że musimy do Moskwy wykupić miejscówki w I klasie, mimo, że do Pekinu przyjechaliśmy klasą II. Na naszym bezpłatnym bilecie pisze wyraźnie - klasa I i oni tego się trzymali. W Warszawie, w Moskwie, nawet w Ułan Bator można była samemu wybierać sobie klasę przejazdu pomiędzy klasą I a II, tutaj takiej możliwości nie mamy. Trudno, dopłacamy dodatkowo do każdej miejscówki po 120 juanów i bierzemy je. Przynajmniej będziemy mieli luz, bo wydaje nam się, że I klasa to przedziały dwuosobowe. A my dostajemy właśnie miejsca w dwóch oddzielnych przedziałach.

Pozostał nam jeszcze tydzień pobytu w Pekinie, ale zostało jeszcze dużo do zwiedzania, do oglądania, do kupowania. Mieliśmy nadzieję, wiedzieliśmy to z opowiadań stałych bywalców w Chinach, że można tu kupić bardzo tanią elektronikę - aparaty cyfrowe, laptopy, procesory. Jeszcze na nic takiego nie trafiliśmy, ale przed nami jeszcze tydzień pobytu. Jesteśmy nastawieni optymistycznie, jeszcze się obkupimy. Niestety, w ostatecznym obrachunku okazało się, że na nic takiego do końca pobytu w Chinach nie trafiliśmy. Ale cóż, to jest Pekin, to samo centrum  Pekinu. To tak, jakby chciał kupować po cenach hurtowych w Sopocie na deptaku. To jest nierealne, to jest wręcz niemożliwe. W końcu z tym pogodziliśmy się, aparaty, laptopy itp. kupimy sobie innym razem.

Jeden dzień poświęciliśmy na zwiedzenie ZOO. Trzeba wszak zobaczyć pandę - symbol Chin. Jeśli nie jedziemy do Chengdu, gdzie jest ogromna hodowla tych zwierząt, zobaczymy ją w pekińskim ZOO. Tutejszy ogród zoologiczny zajmuje ogromny teren, jest dosyć ładnie położony (chociaż w centrum miasta) i w miarę dobrze utrzymany. Widać, że w ostatnim okresie dużo tu się zmienia, dużo się inwestuje, buduje, upiększa. Czytając w internecie o tym ogrodzie, odniosłem wrażenie, że jest on zaniedbany, niedoinwestowany, brzydki. To w ostatnim czasie się zmieniło, jak zresztą większość informacji o Chinach. Chiny tak szybko się przekształcają, że to co było aktualne rok czy dwa lata temu, dzisiaj się zmieniło. Widać tu wiele nowego, jeszcze pachnącego świeżą farbą, jak choćby klatki dla małp, wybiegi dla słoni, żyraf, ptactwa wodnego, ogromne akwarium. Są jeszcze jednak i miejsca, które w najbliższym czasie wymagają remontu i modernizacji, jak chociażby klatki dzikich zwierząt. W Pekinie widać, że najmniej, jak do tej pory dba się tutaj o zwierzęta mięsożerne. Tygrysy, lwy, wilki czy lisy mają naprawdę trudne warunki bytowania - małe klatki, brak opieki. U nas w ZOO w Oliwie ciągle widać ludzi, którzy opiekują się zwierzętami, karmią je, pielęgnują. Tutaj takich ludzi nie widzieliśmy, albo widzieliśmy w znikomych ilościach. Zwierzęta zdane są na siebie chyba zbyt rzadko są karmione i pielęgnowane. Widzieliśmy rany u zwierząt spowodowane chyba pchłami czy innymi insektami, widzieliśmy rany zadawane chyba w walkach między sobą. Tym niemniej z pobytu w tutejszym ZOO wyszliśmy zadowoleni. Widzimy, że dużo zmienia się tutaj na lepsze, chyba i dzikie zwierzęta doczekają lepszych czasów.

Słynne pekińskie pandy warunki bytowania mają dosyć dobre. Są to zwykłe niedźwiedzie, lecz inaczej ubarwione. Przyjemne, fajne misie, lecz na pewno groźne w spotkaniu oko w oko. Gdy my tu byliśmy to albo spały, jak to misie, albo spacerowały dookoła dając podziwiać się turystom, dając się fotografować. Pamiątka z Chin murowana. Widzieliśmy na własne oczy, że bardzo lubią pędy młodego bambusa. My też jedliśmy z tego sałatki. Są smaczne i na pewno zdrowe.

Wracając z ZOO przeżyliśmy niezbyt miłą, ale szczęśliwie zakończoną przygodę. Widzimy, że obok jest przystanek autobusu 111, a taki jeździ w pobliżu naszego hotelu. Byliśmy dosyć zmęczeni, wsiadamy, jedziemy. Chyba będziemy wiedzieli, gdzie wysiąść, okolicę naszego najbliższego otoczenia znamy już w miarę dobrze. Bilet wyjątkowo drogi (2 juany - 0,8 zł.), ale jest klimatyzacja. Fajnie. Jedziemy. Jedziemy 10 minut, jedziemy 15, 20, 25. Okolica się zmienia. Nie ma już centrum, są gorsze domy, biura, hotele, samochody. Jesteśmy trochę zaniepokojeni. Coś za długo jedziemy. Podchodzi do nas konduktorka, o coś pyta. Pokazujemy jej plan z zaznaczonym miejscem, gdzie mieszkamy. Chwyta się za głowę, coś mówi, ale jej nie rozumiemy. Po jakimś czasie podchodzi do nas młody Chińczyk znający język angielski, przysłała go właśnie konduktorka. W tym miejscu muszę dodać, że gdziekolwiek w Chinach zapytać się kogokolwiek o jakąś informację, nikt nigdy nie zostawi nas bez pomocy. O ile sam nie wie lub nie może się porozumieć, zawsze znajdzie kogoś, kto pomoże. Bardzo grzeczny, bardzo uczynny naród. I wiemy to nie tylko z własnego doświadczenia, czytaliśmy o tym jeszcze przed wyjazdem. Informacja ta się potwierdziła - na Chińczyków można zawsze liczyć. Młody Chińczyk poinformował nas, że wsiedliśmy w zły autobus. Jest to wszak numer 111, ale pospieszny. A autobus zwykły od pospiesznego na zewnątrz niczym się nie odróżnia, tak samo wygląda, ma taki sam numer. Tylko na przystanku numer autobusu zwykłego namalowany jest na czerwonym tle, a pospiesznego - na żółtym. Jedyna, niezbyt wielka, ale jakże zasadnicza różnica. Człowiek uczy się na własnych błędach. Teraz w Chinach będziemy już zawsze odróżniać autobusy pospieszne od osobowych. Ciekawi mnie tylko, jak odróżnić autobus zwykły od pospiesznego, jeśli oba zatrzymują się na tym samym przystanku? Młody człowiek wysiadł z nami na przystanku, z nami poczekał chyba ponad 15 minut na nasz następny autobus - zwykły, numer 420, wytłumaczył konduktorce, gdzie ma nas wysadzić i został czekając na swój pojazd. Podziękowaliśmy mu grzecznie, bo cóż innego mogliśmy zrobić? A sami jeszcze jechaliśmy ze 20 minut do naszego hotelu.

12 czerwca zwiedzaliśmy chiński mur. Ta niesamowita budowla ma podobno dobrze ponad 2 tysiące kilometrów długości, my widzieliśmy tylko niewielki jej fragment. Chęć zwiedzenia muru trzeba zgłosić wcześniej w recepcji hotelu opłacając po 200 juanów (80 złotych) od osoby. Tak też uczyniliśmy. W dniu wyjazdu przyjechał po nas niewielki mikrobus, w którym było już kilku turystów z innych hoteli - z Indii i Indonezji. Był również w cenę tej wycieczki wliczony przewodnik, który po angielsku opowiadał nie tylko o murze na murze, ale przez cały czas jazdy na miejsce. Po drodze zwiedziliśmy również np. muzeum i wystawę najróżniejszych kamieni, szlachetnych i półszlachetnych wydobywanych w okolicach Pekinu. Można było zobaczyć metody ich obróbki, ozdoby z nich zrobione, można było zakupić pamiątki. Innym, ciekawym, szczególnie dla Andrzeja zwiedzanym przybytkiem, była pewna klinika terapii naturalnej. Zaproszono nas do sali wykładowej, gdzie najpierw pielęgniarka zaanonsowała zespół profesorski z tej kliniki. Po chwili w podniosłej atmosferze weszli oni do naszej sali. Usiadło ich troje za stołami zapraszając na konsultacje. Jako że Andrzej siedział najbliżej, podszedł pierwszy. Poważny pan profesor wyczytał z ręki Andrzeja, że ten choruje na zatoki, na kręgosłup i coś tam jeszcze. Wszystko się zgadzało, Andrzej był zaskoczony wiedzą i metodami diagnostycznymi pana profesora. Ale większe zaskoczenie spotkało go, gdy po chwili profesor wypisał mu lekarstwa na jego dolegliwości za sumę kilkuset juanów za jedno. Andrzej to zobaczył i zaniemówił. Nie kupił medykamentów zapisanych przez profesora. Ten poczuł się tym tak urażony, że wstał i wyszedł nie “przyjmując” już żadnego pacjenta. Widziałem, że ktoś tam u któregoś profesora coś kupił, ale widziałem również, że panowie ci liczyli na więcej, na dużo więcej. Nasza wycieczka nie przyniosła im spodziewanych dochodów. Ale jak można z zaskoczenia leczyć ludzi na wycieczce na chiński mur? Nie po to tu przyjechaliśmy, nie na to liczyliśmy. Zresztą o takiej możliwości wycieczkowiczów powinno się powiadomić wcześniej, wtedy byłaby inna atmosfera dla tego typu leczenia. A i profesorowie nie psuliby sobie humoru. Niestety, Andrzej humor im popsuł. Gdy jednak będzie tu następnym razem będzie już wiedział, jak się zachować, będzie już wiedział, co czeka go przed chińskim murem.

Do miejscowości Badaling, 60 kilometrów od Pekinu przyjeżdża większość turystów tak indywidualnych jak i zbiorowych chcących wspiąć się na tą atrakcję Chin. Wszystko tu jest robione z myślą o turystach, o tym, aby zostawili tu jak najwięcej swoich pieniędzy. My zaczęliśmy zwiedzanie od obiadu, który wliczony był w cenę wycieczki. Obiad był typowo chiński, bardzo smaczny. Co ciekawe, inny zestaw dań był dla nas, Europejczyków, a inny dla  ludzi z Indii czy Indonezji. Zostali oni nawet usadzeni przy innym stoliku. Takie zwyczaje.

Jeszcze w czasie jazdy każdy z nas zapłacił po 60 juanów, nie bardzo wiedząc za co. Okazało się, że jest to cena wjazdu i zjazdu kolejką linową na mur chiński. Nie trzeba się wspinać, nie trzeba się męczyć, raz, dwa i jesteśmy u góry. Gdyby przyszło nam wspinać się na tę położoną tak wysoko budowlę, do czasu wycieczki trzeba by doliczyć jeszcze parę godzin więcej. Widoki, tak z kolejki jak i z samego muru, są niepowtarzalne. Tym bardziej, że mieliśmy, podobnie jak na Placu Czerwonym w Moskwie, to szczęście, że gdy dotarliśmy na miejsce, zza chmur wychodziło zaraz słońce. Ale turystów jest tu tyle, że nie można spokojnie przejść, chwilami znajdujemy się w tłoku, trzeba niejednokrotnie czekać w kolejce aby zobaczyć jakąś część tej niesamowitej budowli. Po to jednak między innymi przyjechaliśmy do Chin, aby tu być i to zobaczyć. Możemy sobie wpisać do życiorysu, że zaliczyliśmy mur chiński. Na górze zmieniłem swoją żółtą, SKM-owską koszulkę na tę z napisem “zdobyłem chiński mur”. No bo tak było niezależnie od tego, jak tu się wdrapałem. Mur został zdobyty.

Ostatni dzień pobytu w Pekinie to przygotowania do wyjazdu, zakupy, w tym ostatnich prezentów i pamiątek, pakowanie plecaków. Wszak jutro z samego rana wyjazd na dworzec i tygodniowy powrót do domu. Rano w dzień wyjazdu popsuł mi się mój nowy, przenośny dysk twardy do zdjęć. Chciałem zgrać ostatnie zdjęcia, aby mieć miejsce robić je w drodze powrotnej do domu, a tu nic z tego. Niestety. Dysk zapakowałem do plecaka, niech w domu Maciek zobaczy co z nim jest, jest pod tym względem lepszym fachowcem ode mnie. Ja tylko wykasowałem nieudane lub niezbyt udane zdjęcia, aby mieć miejsce na parę zdjęć z powrotu do domu. Będę tak musiał nimi gospodarować, aby jakoś starczyło mi miejsca. Dobrze, że dysk ten padł dopiero teraz, a nie na początku, bo bym się chyba załamał. Cały czas mam nadzieję, że to co wgrałem na ten dysk, to tam jest, to będzie do wykorzystania w domu.

Nazajutrz rano na dworzec Andrzej z bagażami pojechał taksówką (zapłacił 16 juanów, teraz uświadomiliśmy sobie, jak nas tu pierwszego dnia taksówkarze orżnęli), my już bez bagaży - autobusem. Myśleliśmy, że będziemy za wcześnie, okazało się, że Pekin to również pożeracz czasu. Wszystko, jak to w Azji, idzie powoli, swoim rytmem. Czasu mieliśmy akurat tyle, aby bez pośpiechu dotrzeć do pociągu. Punktualnie o 7.40 czasu pekińskiego wyjechaliśmy z Pekinu w podróż powrotną do domu. Przed nami znowu tydzień w pociągu, lecz nie przeraża nas to. Nie pierwszyzna to wszak dla nas, wiemy czego możemy się spodziewać po drodze, wiemy, że wcześniej nie dojedziemy, czy to nam się podoba czy też nie. Zapasy na powrót zrobione, zaopatrzenie jest, resztę dokupimy na postojach. A więc - w drogę do domu.

Na koniec pobytu w Pekinie chciałbym dodać tu kilka uwag. Nigdy w tym mieście nie widziałem na ulicach korków samochodowych. Jest to ogromne miasto, moloch o tysiącach ulic, uliczek, skrzyżowań. Większość z tych ulic to wielopasmówki, jedne idą dołem, inne przecinają je górą. Niewyobrażalna liczba samochodów, pojazdów, rowerów. Prawie wszędzie światła. i żadnych korków. Na światłach czeka się na jedną, góra dwie ich zmiany. Jak oni to robią? nie wiem. Gdańsk w porównaniu z Pekinem to wiocha o kilku ulicach i skrzyżowaniach. Widząc tamto miasto myślę sobie, ileż to potrzeba talentu, aby spowodować w Gdańsku korki uliczne? Widać, że Polacy są utalentowani. I czy tylko pieniądze mogą to zmienić u nas, czy bez pieniędzy nic nie da się zrobić? Nie wiem, ale wiem, że Polacy na wszystko mają zawsze usprawiedliwienie.

Inna rzecz, która zaskoczyła nas w Pekinie to toalety. Bywało kilka razy, że okazywały się niezbędne, nieraz natychmiast. Wszak biegunka w tych nowych dla Europejczyków warunkach to normalna rzecz. Pekin, a przynajmniej jego centrum, to dosłownie hotel na hotelu, jeden obok drugiego, jeden bardziej elegancki od drugiego. A w każdym toalety dostępne dla każdego. W każdej chwili można wejść do hotelu, do toalety w nim. Normalna rzecz. W każdej toalecie “kelner” z ręczniczkiem gotów niemal wszystko wszędzie klientowi przytrzymać. Odkręca wodę, podaje ręcznik, wskazuje kosz na śmieci czy wyjście. Inny świat, inna kultura. Pod tym względem możemy jeszcze dużo nauczyć się od Chińczyków. Nie tylko my, ale np. Rosjanie też, bo u nich pod tym względem jest ogromne zacofanie. Rosyjskie toalety na wielu ogromnych moskiewskich dworcach to na ogół dziura w posadzce z drzwiami i ścianami do wysokości piersi. Wiem, że są tam toalety w ogóle bez drzwi. Średniowiecze w Europie, Europa w Azji. Sam to widziałem, mogę coś na ten temat powiedzieć. Poza hotelami w Pekinie dużo czystych, ładnych toalet znajduje się na ulicach, szczególnie tych starych, w hutongach. Przypuszczam, że w tych starych domach nie ma toalet, a te publiczne są przede wszystkim, lecz nie tylko, dla mieszkańców tych ulic. W hutongach jest masa knajpek, jadłodajni, chińskich barów. Toalety w nich to rzadkość, ale zawsze gdzieś w pobliżu jest ta publiczna, ogólnie dostępna i co najważniejsze - zawsze czysta. Chodziliśmy po wielu zaułkach Pekinu (wszędzie, trzeba to też przyznać, jest bezpiecznie), nigdzie, nawet w największych zakamarkach, nie śmierdziało moczem czy innym, jeszcze ciekawszym “zapachem”, jak to niejednokrotnie bywa u nas. Wszędzie jest czysto, wszędzie widać, że ktoś dba o miasto. Zresztą trawniki, stan chodników czy ulic mówi pod tym względem sam za siebie. Graffiti, napisy, niszczenie cudzego mienia to rzecz tutaj nieznana. Wcale nie piszę tego z chęci przypodobania się komukolwiek, no bo niby komu? Taka jest prawda, taki Pekin widzieliśmy i takim właśnie go opisuję.

Powrót do domu.

Wracając z tak dalekiej podróży wiedzieliśmy już czego możemy się spodziewać. Już raz przejechaliśmy szlak kolei transsyberyjskiej, wracając jesteśmy “recydywistami”. Nic nas już nie zaskoczy. Wiedzieliśmy już jak tu się zachowywać, tak w czasie jazdy jak i na postojach. Wiedzieliśmy o zmianach tak czasu, jak i warunków klimatycznych. Nie interesowało nas już tak, jak w czasie podróży w tamtą stronę to, co znajduje się za oknem, chociaż co chwilę zerkaliśmy za szyby przedziału. Wiedzieliśmy za to, gdzie czego się spodziewać. Wiedzieliśmy kiedy będzie pustynia, kiedy step, kiedy Bajkał a kiedy jaka granica. W drodze powrotnej na granicach również nie mieliśmy żadnych problemów, poza małym incydentem Andrzeja na postoju w Terespolu na granicy polsko - białoruskiej. Andrzej wybrał się tu po kupno biletów dla nas (tych nie mieliśmy, bo nasze kolejowe bilety są ważne tylko do granicy, w kraju trzeba bilet sobie kupić) nie wiedząc, ze kontrola graniczna jeszcze się nie zakończyła. Spytał jednak WOP-istę, czy może iść do kasy. Ten mu pozwolił. Ale kontroli nie zakończyli jeszcze celnicy, a jeden z nich Andrzeja przyuważył. Gdy Andrzej wrócił, celnicy po jakimś czasie weszli do nas. Pytają Andrzeja, kto pozwolił mu wyjść z wagonu podczas kontroli. Andrzej mówi - żołnierz. On nie ma nic do tego, padła odpowiedź. A skąd ja mam o tym wiedzieć? Pyta znowu Andrzej. To pański problem - odpowiada celnik. Wiadomo przecież, że nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania. Kto nie zna przepisów, wcale nie znaczy, że nie musi ich przestrzegać. Musi, takie jest prawo. Celnik pyta, co Andrzej wyniósł w międzyczasie z wagonu? Narkotyki? Ikrę? Alkohol, papierosy? Bo tak można tłumaczyć jego “wybryk”. Andrzej jakoś się wytłumaczył, widać zresztą było po nim, że nie ma nic do ukrycia. Ale za karę musiał otworzyć swój plecak i pokazać co ma w środku. Wiele go nie przeglądano, ale Andrzej w ten sposób został na granicy za swoją niesubordynacje ukarany.

W czasie powrotu oszczędnie gospodarowałem pozostałymi mi do zrobienia zdjęciami. Kasowałem te niezbyt udane, a wszystkie robiłem w jak najmniejszej rozdzielczości, aby mi weszło ich jak najwięcej.

Wsiadając w Pekinie do pociągu zauważyliśmy, że mamy bilety I klasy, a miejsc w przedziale jest cztery. Nie mieli jedynek, podstawili takie - tak sobie pomyśleliśmy i spokojnie jechaliśmy do domu.

Przez Chiny przejechaliśmy bez specjalnych wrażeń. Spanie, oglądanie widoków zza okna, rozmowy. Rutyna. W wagonie niezbyt dużo ludzi, jeszcze wciąż nie ma sezonu. Oprócz naszego zapełnione są chyba tylko ze dwa przedziały. Granica chińsko - mongolska, odprawa celno - paszportowa, potem na hali wymiana wózków. Po powrocie w peron z tej operacji czekają nas ciężkie chwile. Nagle w wagonie robi się tłok, masa ludzi z bagażami, kartonami, siatami, walizami. Pchają się do naszego przedziału, do Andrzeja i Elki, do wszystkich. Ilona z Elą walczą jak tygrysy, nikogo nie chcą wpuścić, krzyczą, że to nasze miejsca. a tu jakiś chłop włazi z butami na nasze łóżka. Chwyciłem go jeszcze i wyrzuciłem z przedziału. On nie wie o co chodzi, ja też nie. Pokazuje miejscówki na pozostałe dwa wolne miejsca. Zrobiło się takie zamieszanie, taki harmider, że przyleciał przełożony konduktorów chińskich z pociągu. Okazał się nim chłopak, który znał rosyjski i pomagał nam w biurze kupić miejscówki do Moskwy. Dopiero on wytłumaczył nam o co tu chodzi. To jest wagon I klasy, ale i tu, i w dwójce są po cztery miejsca w przedziale. Jedyna różnica, to szerokość tego łóżka. W I klasie jest o jeden przedział mniej, a więc pozostałe przedziały, a co się z tym wiąże, również łóżka, są o te parę centymetrów szersze. I to za to, za tę różnicę w szerokości łoża trzeba było zapłacić 120 juanów więcej. A dwa miejsca w przedziale są tylko w klasie Lux. Widzieliśmy te wagony chodząc do WARS-u. Wykończone są drewnem, są faktycznie dwuosobowe, a na dwa takie przedziały przypada jedna mała łazienka z prysznicem. LUX-us. Ale za ten luksus odpowiednio się płaci. Cena takiego miejsca porównywalna jest z ceną samolotu. I na nasze kolejowe bilety takie miejsca są niedostępne, gdyż w Polsce nie ma klasy Lux. Nie było wyjścia, wpuściliśmy dodatkowych pasażerów na swoje miejsca, sami musieliśmy nieco ograniczyć nasze dotychczasowe “wygody”. Ale pasażerowie ci jechali niezbyt daleko, jak na warunki chińskie. Wysiadali po 18 godzinach jazdy, w Ułan Bator. Jakoś z nimi dogadywaliśmy się, jeden z nich był nawet dosyć rozmowny, drugi to raczej mruk. Prawie się nie odzywał i nie wiem dlaczego: czy taki miał charakter, czy też był na nas tak obrażony za całe to zamieszanie. Myślę jednak, że ta pierwsza wersja jest bardziej prawdziwa.

Na peronie w Ułan Bator czekał na nas Dasza. Wcześniej mu pisaliśmy kiedy i o której godzinie tu będziemy. Przyniósł Andrzejowi obiecany mu wcześniej kufel z Dżingis - Chanem, nasze ulubione piwo BORYGO, oraz wódkę, oczywiście Dżingis - Chan. My też mieliśmy dla niego jakieś pamiątki z Pekinu. Wsiadł nawet do nas do przedziału, wznieśliśmy toast za spotkanie obecne i za przyszłe, bo do takiego musi dojść. Konduktor chiński widział, że wsiada do naszego przedziału gość. Byliśmy pewni, że powiadomi nas o czasie odjazdu pociągu. Ale chyba zapomniał o tym, bo w pewnym momencie wyglądam przez okno, a pociąg ma już wolną drogę. Mówię  o tym Daszy, on zbiera się do wyjścia, a pociąg już rusza. Wyskoczył w ostatniej chwili. Gdyby to mu się nie udało, jechałby z nami jeszcze parę godzin, bo takie są tu odległości między stacjami. Ale wszystko dobrze się skończyło.

Jezioro Bajkał w drodze powrotnej mijaliśmy również rano, ale nie zrobiło ono na nas już takiego wrażenia jak w tamtą stronę. Wiedzieliśmy, jak ono wygląda, wiedzieliśmy co nas czeka, czego możemy się spodziewać. Tak zresztą było podczas całej drogi powrotnej, nie robiła już na nas takiego wrażenia jak w tamtą stronę. Staliśmy się chyba rutyniarzami na tej trasie. Szkoda.

Do Moskwy przyjechaliśmy planowo, metrem podjechaliśmy na dworzec białoruski, tu kupiliśmy po półgodzinnym postoju w kolejce miejscówki na wieczorny pociąg do Warszawy. Jeśli wszystko przebiegnie bez zakłóceń, jutro o 16.37 będziemy w Warszawie, a o 21.00 w Gdańsku.

Zostało nam trochę czasu na zwiedzenie okolic dworca białoruskiego. Tutaj utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Moskwa to cholernie drogie miasto. Gdziekolwiek się nie ruszyć, wszędzie jest centrum, wszędzie jest drogo. Kupiliśmy jeszcze, mimo wszystko, jakieś pamiątki z tego miasta, jakieś napoje i owoce. Aby starczyło do Polski. Chodząc tak po Moskwie, w pewnym momencie stwierdziłem, że bardzo bolą mnie nogi, innych zresztą też, że jesteśmy mocno zmęczeni. Jadąc przez tyle dni w pociągu z Pekinu do Moskwy, człowiek miał bardzo mało ruchu, mało gimnastyki, mięsnie się rozleniwiły. Gdy przyszło nieco pochodzić, nieco je rozruszać, zaczęły odmawiać posłuszeństwa. W domu wszystko musi wrócić do normy.

O 22.00 odjeżdżamy z Moskwy w wagonie sypialnym również I klasy. Tutaj już naprawdę przedziały są dwuosobowe, ale miejsca w nich bardzo, bardzo mało. Ale do domu coraz bliżej. Teraz czujemy, jak jesteśmy zmęczeni po tej wycieczce. W domu trzeba będzie dobrze wypocząć przed pracą, mamy wszakże jeszcze po trzy dni wolnego.

W Warszawie byliśmy planowo, mieliśmy tylko nieco ponad 20 minut na przesiadkę, a jeszcze trzeba było kupić bilety i miejscówki do Gdańska. Ale zdążyliśmy. Wchodząc na peron pociąg już na nas czekał, gdy wsiedliśmy, zaraz odjechał. W Gdańsku czekał już na nas na peronie Maciek i Agata z Krzyśkiem. Natalka, nasza wnuczka, czekała na nas wraz z Szymkiem w domu. Gdy nas zobaczyła - rozpłakała się, nie poznała nas. Wówczas rozpłakała się i Ilona, no bo jakże to? Własna, ukochana wnuczka nie chce do babci przyjść na ręce? Ale bardzo szybko przypomniała sobie, kim jesteśmy, szybko wróciła do babci na kolana. Nareszcie, Ilona znów była szczęśliwa. I dzięki tej wycieczce, i dzięki Natalce.

Zostaw komentarz

Uwaga: komentarze są moderowane. Jeżeli Twój nie pojawi się od razu, nie wysyłaj go ponownie.