Mój blog foto

Kalendarium

Luty 2018
P W Ś C P S N
« lut    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728  

Kategorie

Archiwum

Nasza-Klasa.pl

Moje Linki

Moje podróże 03 - Pociągiem do Wietnamu 2007.

9 lip 2009. Autor: zbistel

Przez Kazachstan i Chiny do Wietnamu

19.05.2007 - 20.06.2007

Wstęp.

Zeszłoroczny urlop spędziłem z Iloną oraz z Andrzejem i Elą zwiedzając Chiny, a dokładniej mówiąc – Pekin. Azja nas urzekła. To jest wspaniały, ogromny, mało jeszcze nam znany kontynent. W tym roku postanowiliśmy dowiedzieć się nieco więcej na temat Azji, zobaczyć jej inną część, inną twarz, zobaczyć Wietnam. To ma być nasz kraj docelowy. A po drodze chcieliśmy poznać Kazachstan. Będąc (w dalszym ciągu) kolejarzami wybraliśmy jako środek transportu oczywiście kolej. Zawsze mamy tu jakieś zniżki, zawsze będzie to nas taniej kosztowało, bo zbyt „obfitymi” środkami płatniczymi na ten cel nie dysponujemy. Jak zawsze, nie jesteśmy wszak szejkami naftowymi i zawsze w takich wypadkach stajemy przed wyborem – na co wydać część zaoszczędzonych środków? Teraz już wiemy, na poznanie Wietnamu. Gdybyśmy lecieli samolotem mielibyśmy znacznie więcej czasu na poznawanie tego kontynentu, ale zabrakłoby nam środków finansowych na ten cel. Urlop nie trwa zbyt długo, szczególnie, gdy spędza się go tak ciekawie. Przed nami niemal 23 tysiące kilometrów podróży do Hanoi – stolicy Wietnamu i z powrotem.

Sama podróż obfitowała w niespodzianki, ciekawe sytuacje, obserwacje, zobaczyliśmy nowe miejsca, kraje, miasta. Przejechaliśmy przez kilka stref klimatycznych, czasowych, kulturowych, gastronomicznych itp. Andrzej w czasie podróży, w czasie postojów pociągu na stacjach był zaopatrzeniowcem, kupował prowiant i napoje, nasze żony na ogół pilnowały bagaży, często jednak na postojach również opuszczały przedział chcąc co-nieco zobaczyć, chociaż w ten sposób. Mi przypadło w udziale robienie pamiątkowych zdjęć. Myślę, że każdy z nas był zadowolony z takiego podziału ról.

Moskwa - Ałma Ata.

W Moskwie okazało się, że podróż nasza będzie nas kosztowała znacznie drożej, niż początkowo zakładaliśmy. Dlaczego? Bo Kazachstan w międzyczasie zrezygnował z udziału w organizacji OSŻD, która to dawała nam, jako kolejarzom, możliwość znacznie tańszego poruszania się po jego terytorium. Zresztą później okazało się, że i przez Chiny pojedziemy za swoje pieniądze. Nie wszędzie Chińczycy znali i uznawali nasze darmowe bilety. Trudno. Na to nic nie poradzimy, zeszłoroczna podróż do tego kraju pokazała, że z Chińczykami nie ma dyskusji, jeśli biletu nie uznają, to nic ani nikt tego nie zmieni. Żadna dyskusja, żadne nalegania. Nawet wówczas, gdy to my mamy rację. Ale nie jesteśmy w stanie w obcym kraju tego wyegzekwować. Albo płacimy, płaczemy i jedziemy dalej, albo już z Moskwy wracamy do domu. Decyzja może być tylko jedna – jedziemy. Mamy wszak trochę więcej dolarów, niż wynikałoby to z naszych obliczeń, a poza tym na wszelki wypadek wzięliśmy karty bankomatowe. I chyba będą nam potrzebne.

Oszczędzając od samego niemal początku podróży, kupujemy w Moskwie bilety na miejsca plackartne. Jeden ogromny wagon z miejscami sypialnymi, ale bez przedziałów. Gdzie człowiek nie spojrzy wszędzie łóżka. A co ciekawe – miejsca leżące wykorzystywane są wiele razy na tej samej trasie. Z innymi współpasażerami kładliśmy się spać, z innymi wstajemy. Ale gdyby nie to, to ta trzydniowa podróż do Ałma Aty w Kazachstanie nie miałaby dla kolei tego kraju sensu. Już bowiem w pierwszej części podróży okazałoby się, że wszystkie miejsca zostały wykorzystane.

Podróż wagonem plackartnym to możliwość zawierania znacznie szerszych znajomości, poznawania kraju, ludzi, obyczajów niż mielibyśmy podróżować wagonem z przedziałami. Prawdą jest, że nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre. Poznaliśmy ciekawych ludzi, zarówno Rosjan jak i Kazachów czy Chińczyków. Porozmawialiśmy z nimi, niejednokrotnie coś wypili. I niejeden raz udzielili oni nam dobrych rad na naszą dalszą podróż. To w tym pociągu prowadnica Sonia proponuje nam, wiedząc, że tego szukamy, nocleg u siebie w domu w Ałma Acie. Ale jej propozycja cenowa jest dla nas nie do przyjęcia. Ani ta pierwsza – 50 USD za noc od osoby, ani ta ostatnia – 15 USD. Cały czas liczymy na to, że przenocujemy tam taniej. I co ciekawe, przenocowaliśmy w Ałma Acie znacznie taniej a to dzięki właśnie Soni. To ona przed samym końcem podróży powiedziała nam, gdzie szukać mamy noclegu – na dworcu autobusowym Sairan, skąd odjeżdżają autobusy do Urumqi w Chinach, następnego etapu naszej podróży. Współpracownik Soni pożyczył od Andrzeja butlę gazową, bo twierdził, że chce coś ugotować. Jakież były potem problemy, aby ją zwrócił. Oddał ją niemal u wrót Ałma Aty. Cóż się okazało? Nic na niej nie gotował. Wziął ją chyba po to, abyśmy z niej nie korzystali w pociągu. Młody, wysportowany i inteligentny wydawałoby się człowiek panicznie bał się tego urządzenia. Schował je głęboko, aby nic się nie stało, aby nikt go w pociągu nie użył. Przed końcem podróży zwrócił nam butlę bez słowa wyjaśnienia. I do dzisiaj nie wiemy, czy wziął tę butlę od nas, bo takie są tam przepisy czy też działał na własną rękę.

Sonia wraz ze swoim kolegą mają głowę do interesów. Widząc nas, turystów, chcą zarobić. Wyładowały się nam niemal wszystkie komórki, w przedziale prowadników są gniazdka do ich ładowania. Ale to nie takie proste – 40 rubli za godzinę ładowania. Nie damy jednak im zarobić. To przecież w normalnych warunkach wliczone jest w cenę biletów. Niech zarabiają na swoich, nie na nas. Moja komórka jeszcze trzyma, do Ałma-Aty wytrzyma. Kontakt ze światem mamy. A cwaniakom na nas nie damy zarobić. W tym kraju to jednak nie jest cwaniactwo, to jest sposób na życie, na zarobienie, na dorobienie.

W czasie jazdy stoimy z Andrzejem na korytarzu rozmawiając i popijając zimne piwo. Przychodzi sprzątaczka. Otwiera przy nas okno i wyrzuca za nie zawartość pełnego, dużego kosza na śmieci. I sprząta dalej, nikt nie zwraca uwagi na jej zachowanie. Wyrzucanie papierków, butelek, papierosów za okno to tutaj norma, ale żeby w ten sposób „sprzątać” wagon to już przesada. Takie tu są obyczaje, my ich nie zmienimy, my je tylko obserwujemy.

Kazachstan z okien pociągu to kraj biedny i zacofany. Ogromne połacie Kazachstanu, szczególnie w pierwszej części naszej podróży, to jakieś nieużytki, goła ziemia, gdzie wydobywa się jakieś minerały. Takie widoki widzieliśmy przez setki kilometrów. Potem wjechaliśmy na tereny rolnicze, które oglądaliśmy już do samego końca naszej podróży przez ten kraj. Na wioskach panuje bieda, domki są niewielkie, skromne, brak większych maszyn rolniczych, pola są rozdrobnione, niewielkie. Zwierzęta to chude krówki, koniki, osły. Nie widzieliśmy wielkiego przemysłu, chociaż wiadomo, że takowy w tym kraju istnieje. Ale ludzie są mili i na ogół życzliwie nastawieni do turystów. Tych zresztą w pociągu tym było niewielu.

W Ałma-Acie znaleźliśmy nocleg w hotelu na terenie dworca autobusowego Sairan, jak mówiła nam Sonia. I rzeczywiście był tani, chociaż jego wyposażenie nie było zbyt luksusowe. Ale na to przecież nie liczyliśmy. Oszczędzamy. Ałma-Ata to miasto położone wśród zieleni, chociaż nie jest ona zbytnio zadbana. Kazachowie pod tym względem zdali się na żywioł. W oddali widać piękne stoki gór wiecznie białe, wiecznie pokryte śniegiem. Nas zadziwił kontrast między gorącą, duszną wręcz Ałma-Atą a widokiem tych ośnieżonych gór na horyzoncie.

Ałma Ata - Urumqi.

Rano wyjazd w kolejny etap naszej wyprawy. Dzisiaj mamy przekroczyć granicę z Chinami, jutro będziemy już w Urumqi – chińskim mieście, stolicy prowincji Xinjiang. Prowincja ta jako jedyna w Chinach ma swój odrębny czas, cofnięty o 2 godziny w stosunku do pekińskiego, do oficjalnego chińskiego czasu. Do Chin jedziemy autobusem dalekobieżnym. Tych wyjeżdża rano z Ałma-Aty aż dziewięć. Ale nie wszystkie są zapełnione, Jeden z nich jedzie pusty. Są to chińskie autobusy, uwaga – z miejscami leżącymi. Chiński wynalazek, o którym czytałem jeszcze przed wyjazdem. Autobus jest w miarę nowy i czysty. Zaraz po wejściu zdejmuje się nawet buty. Czystość przede wszystkim. Każdy podróżny dostaje dodatkowo na drogę koc i poduchę. Jadąc siłą rzeczy oglądamy krajobraz za oknem. Biedny Kazachstan po przekroczeniu granicy zamienia się w Chiny. Bogate Chiny w miastach, nędzne na wioskach. Ogromny kontrast raz między Chinami i Kazachstanem, a dwa – między wsiami i miastami w samych Chinach. Ale widoki, przyroda za oknem robią na nas niesamowite wrażenie. Przez całą niemal podróż widzimy na horyzoncie góry. Raz są one bliżej, raz dalej, raz są ośnieżone, raz czarne. Kilkakrotnie góry te przekraczamy. Niesamowite wrażenie zrobiła na nas dolina Junngar Pendi, gdzie dotarliśmy tuż przed zapadnięciem zmroku. Szkoda, że było już tak ciemno, że nie wychodziły zdjęcia. Strome góry, szumiące potoki, ośnieżone szczyty a wśród nich pasterze pasący w swych ludowych strojach owce. A do tego, co jakiś czas oczka wodne czy nawet ogromne jeziora wśród tych właśnie szczytów. I zachodzące słońce na czystym, górskim niebie. Piękne Chiny, niezapomniana podróż. Wraz z zapadnięciem nocy zasypiamy.

Gdy się budzimy jest trzecia w nocy, a my stoimy na parkingu jakiegoś hotelu. Urumqi. Przyjechaliśmy do celu podróży cztery godziny przed planem, w środku nocy. Co tu robić o tej porze? Taksówką jedziemy na dworzec kolejowy, też jeszcze zamknięty o tej porze. Czekamy do rana zwiedzając okolice dworca. Miasto podobne do Pekinu. Hotele, biurowce, wysokościowce, do tego sterylnie czyste ulice i place. I co kawałek knajpki, jadłodajnie, sklepy. Typowy Pekin.

Rano udaje nam się kupić zapakowane w firmową folię mięso psa. Urumqi to jedyne podobno miasto w Chinach gdzie bez trudu można dostać ten chiński przysmak. Bierzemy go, ale czy go spróbujemy? Mamy taką nadzieję. Przed nami jeszcze długa podróż, będzie do tego wiele okazji.

Ilona nie może żyć bez kawy. Zaczepia ją przed kafejką kelner zapraszając do środka. Na migi pokazuje mu, że ma być to kawa po turecku, tzw. sypana. Zrozumiał. W Chinach taka kawa jest wyjątkiem, normą jest kawa z ekspresu. Chińczyk pobiegł do pobliskiego sklepu po taką kawę, zaparzył i podał swojej klientce. Ilona była zszokowana. Tyle zachodu dla jednego klienta. Ale tacy są Chińczycy, grzeczni, mili, uczynni aż do bólu. A Ilona po wypiciu pierwszej niezwłocznie zamówiła drugą kawę, bo nie wiadomo, kiedy będzie okazja wypić następną.

Okazuje się, że na dzisiaj już biletów da Chengdu – kolejnego etapu podróży do Hanoi - nie dostaniemy. Pojedziemy tam dopiero jutro. Ale zanim kupiliśmy bilety, próbowaliśmy walczyć o to, aby uznali nasze, kolejowe. Niestety, nie udało się, mimo że objechaliśmy pół Urumqi, kilka biur podróży i hoteli w całym mieście. Nic z tego. Jeśli chcemy jechać dalej, musimy płacić za bilety. Powtarza się sytuacja z Moskwy – płaczemy i płacimy. Kieszeń robi się lżejsza o kolejne yuany.

Obok dworca stoi jeden wysokościowiec – hotel. Wygląda ładnie, ale jak tu kształtują się ceny? Są na naszą kieszeń. Bierzemy dwa dwuosobowe pokoje na 11 piętrze. Kąpiel, chwila odpoczynku, idziemy coś zjeść i zobaczyć miasto.

Za torami kolejowymi natrafiamy na slumsy. Gliniane lepianki oblepiają stok góry. Bieda aż piszczy. Boimy się wejść w to miejsce, nie wiemy, co może nas tu spotkać. Nieciekawa dzielnica, chociaż ciągnie tu po pracy mrowie ludzi. I nie są to jacyś żebracy czy zbieracze puszek tylko zwykli ludzie nawet przyzwoicie ubrani. I oni tu mieszkają? Wygląda na to, że tak. To jest dla nas niepojęte. Ale w Chinach masa ludzi mieszka w miastach w takich warunkach.

Zaczyna padać deszcz, wracamy w okolice dworca, siadamy w małej knajpce zamawiając coś do jedzenia. Wzbudzamy tu nie lada sensację, Chińczycy otoczyli nas i przyglądają się nam z ciekawością. Są tacy, co komórką robią nam zdjęcia, śmieją się widząc, że jedzenie pałeczkami sprawia nam jeszcze małe trudności. Płacimy słony rachunek, jak na tutejsze warunki i zmykamy do hotelu. Pada. A ja dzięki temu zrobię kilka pięknych zdjęć miasta zarówno dzisiaj wieczorem jak i jutro o wschodzie słońca. Będę miał co umieścić na swojej stronie www.

Urumqi - Chengdu.

Rano pakowanie i przygotowanie do wyjazdu. Musimy bardzo uważać, aby nie pomylić czasu chińskiego z tym z Urumqi. Pociąg nasz odjeżdża o 14.05 czasu chińskiego (12.05 wg Urumqi). Udaje się nam to, na dworcu jesteśmy przed czasem. Na perony ludzie nie są wpuszczani, jest jeszcze czas. Wszyscy czekają w wyznaczonych sektorach w poczekalni. Jest ład i porządek, chociaż ludzi jest mrowie. Nie tylko na nasz pociąg, ale również na inne. W końcu wpuszczają nas na peron. Wszyscy ustawiają się w kolejkach do wagonów, porządku pilnują policjanci. Miejsca mamy twarde (z nazwy), ale jedziemy na miękkich kanapach. Wagon bezprzedziałowy, jeden wielki holl. Nasz kącik liczy sześć miejsc i jeden stolik, ale przez dwa dni podróży nikt do nas nie dosiada. Kierownik wagonu zadbał o to, aby cudzoziemcy jechali w miarę znośnych warunkach. Inni mają jeszcze gorzej od nas, chociaż i Andrzej dla wygody w nocy spał na podłodze, ja na siedząco a dziewczyny półleżąc. Znowu zawieramy jakieś nowe znajomości, chociaż są problemy z porozumiewaniem się. Dla zabicia czasu idziemy z Andrzejem na piwo do wagonu restauracyjnego. Okazuje się, że takie wagony są tu tylko dla obsługi pociągu, bo nikt inny, oprócz nas z nich nie korzysta. Ale nas nikt też nie wyprasza, jesteśmy grzecznie obsługiwani, ale zimnego piwa nie dostajemy. Zamawiamy za to czerwone wino.

Wagon nasz jest cały zajęty, wolnych miejsc nie ma. Co ktoś wysiądzie na jednej stacji, zaraz dosiada ktoś inny. Każde wolna przestrzeń w wagonie przeznaczone jest na bagaże. Tych jest mnóstwo. Toalety w wagonie są dwie. Jedna typowa dla nas, europejska, druga azjatycka, bez muszli za to z dziurą w podłodze. Do wyboru, do koloru, co kto lubi. Czystość w tych przybytkach niewiele odbiega od naszych krajowych warunków.

Jako ciekawostkę mogę tu podać to, że w całych Chinach na kolei obowiązuje ruch lewostronny.

Za oknem krajobraz powoli się zmienia. Im jedziemy dalej na południe kraju, tym mniejsza bieda na wioskach. Zmienia się klimat, jest coraz cieplej, pola są coraz bardziej urodzajne. To chyba jest powodem tego, że nie ma tu aż tak rażącej biedy jak na północy kraju. Przed Chengdu widzieliśmy już tarasowe pola ryżowe. Zbliżamy się powoli do strefy ciepłej.

Po 3 tysiącach kilometrów jesteśmy w Chengdu. Na dworze upał. Pierwsza rzecz na dworcu – kupno na biletów do Kunmingu, aby potem nie było z tym problemów. Już nawet nie walczymy o zniżki kolejowe wiedząc, że są na to małe szanse. Ważniejsze w tej podróży będą zdrowe nerwy.

Chengdu to podobno raj dla turystów. Chcieliśmy być tu w zeszłym roku. Nie wyszło. Okazuje się, że Chengdu to następne typowe chińskie miasto podobne bliźniaczo do Pekinu czy Urumqi. Na mnie miasta te robią przygnębiające wrażenie. Żadnej indywidualności, jedno podobne do drugiego. Nie ma sensu zwiedzać ich dla samego zwiedzania, bo nic innego w nich nie znajdziemy. Ogrom, potęga i czystość. To się powtarza aż do znudzenia.

Chengdu to stolica prowincji Syczuan, znanej z doskonałej kuchni. I na tym się nie zawiedliśmy. To tutaj zjedliśmy najlepszy posiłek w czasie naszych już dwukrotnych wyjazdów do Azji. Był wczesny wieczór, gorąco, przyjemnie. Usiedliśmy w przyjemnej jadłodajni, jakich tysiące są na ulicach chińskich miast. Ale to, co nam tutaj zaserwowano to miód w gębie. Zachwycaliśmy się tym jedzeniem tak długo, aż zabrakło miejsca na jeszcze. Nie mogliśmy tego przeboleć, ale na to nie ma rady. Kończy się miejsce, czas skończyć posiłek. Popiliśmy jeszcze zimnego piwa i to było nasze małe szczęście. Nie zawsze sprawdza się praktyce to, co wyczytamy w internecie. W przypadku Chengdu i kulinariów tego regionu wszystko co do joty okazało się prawdą. Nie ma w Chinach chyba drugiego takiego regionu, który pod tym względem przewyższałby Chengdu. Nie żałujemy, że odwiedziliśmy to miasto.

Chengdu - Kunming.

Po dwóch nocach w stolicy Syczuanu czas jechać dalej. Znowu jedziemy wagonem z twardymi siedzeniami, ale w przeciwieństwie do tamtego, tutaj siedzenia są naprawdę twarde. Nie jest to deska, jest to derma. Ale 24 godziny w tych warunkach dają się nam we znaki. I towarzystwo jest mniej kulturalne. Śmieci zalegają podłogę, chociaż obsługa stara się co jakiś czas zamiatać. Bywa, że niejeden Chińczyk siarczyście charknie i splunie na podłogę. To u nich norma, chociaż coraz rzadsza, władze starają się, szczególnie przed olimpiadą, walczyć z tym nieprzyjemnym dla obcych nawykiem miejscowych, nie tylko mężczyzn.

Widoki za oknem wynagradzają nam jednak te niedogodności podróżowania. Jedziemy coraz bardziej na południe, jest coraz goręcej. Gdyby nie rząd ogromnych, ciągle mielących powietrze i obracających się wentylatorów zamontowanych pod sufitem jako klimatyzacja, nie wiem jak dojechalibyśmy do celu podróży. A za oknem mnóstwo zieleni, pól uprawnych, tarasowych pól ryżowych, coraz więcej egzotycznych dla nas roślin. Ogromne agawy rosną na miedzach jako zielsko, widzimy bananowce dziko rosnące na polach, palmy i kokosy to tutaj normalność. Bieda nadal występuje, ale jest o niebo lepiej niż na północy. Jeśli będzie to się zmieniać nadal w tym tempie, na południu Chin bieda powinna zniknąć. Ale to chyba jest niemożliwe.

Co najbardziej zapamiętamy z podróży na tym etapie, to góry i tunele. Jadąc do Kunmingu przejechaliśmy chyba ze 100 tuneli pod górami, wzniesieniami, pagórkami. Co chwilę wjeżdżaliśmy w jeden z nich. Jeden się kończył, zaczynał się drugi. I przepiękne widoki za oknem: pola, góry, rzeki, jeziora. A zachód słońca w tych warunkach to bajka dostępna tylko dla nielicznych.

W Kunmingu wita nas przed dworcem rzeźba ogromnego, złotego byka, jakby reklamował hiszpańską corridę. I znowu jesteśmy w typowo chińskim mieście niczym nie różniącym się od poprzednich. Niedaleko dworca, na którym od razu kupiliśmy na jutro bilety autobusowe do granicy wietnamskiej, znajdujemy w miarę tani hotel. Znowu mamy 11 piętro z widokiem na całe miasto. I znowu wieczorem, po kolacji robię ładne fotki. Pakujemy się, bo jutro rano czeka nas kolejny etap podróży.

Kunming - Hanoi.

Rano wyjeżdżamy autobusem (miejsca tym razem siedzące) z dworca autobusowego przy dworcu kolejowym (drugi dworzec autobusowy był naprzeciw naszego hotelu). I znowu widoki za oknem to uczta dla oczu. W naszym klimacie nie mamy możliwości oglądać tego, co tam. Tym bardziej, że jesteśmy już tyle na południu, że nieznane są tu zimy. Zbiory odbywają się tutaj kilka razy do roku. W końcu możemy najeść się do syta owoców południowych. Ananasy przy drodze kosztują grosze, są tańsze niż u nas jabłka. Uczta dla ciała. Ale my jeszcze na południe jedziemy. Czyżby tam, u celu naszej podróży było jeszcze taniej?

Widoki znowu są przepiękne. Góry, pola, południowe rośliny: agawy, kokosy, rododendrony. Największe jednak wrażenie robią na nas tarasowe pola ryżowe, szczególnie te położone wśród wzniesień i gór. Jest pora sadzenia ryżu chłopi pracują po kolana w wodzie, bawoły ciągną pługi. Widoki dla nas egzotyczne. Jest duszno i potwornie gorąco. Szkoda, ze autobus jedzie tak szybko, zdjęcia nie będą zbyt udane. Co jakiś czas zatrzymujemy się, aby coś zjeść, załatwić się. Ale kierowca zna tutejsze drogi, tutejsze warunki. Pędzi na złamanie karku, ale widać, że jest doświadczony. Czujemy się bezpieczni. W autobusie przeważnie Wietnamczycy, białych, jak my, nie ma. Jesteśmy jedynymi turystami.

Krótko po godzinie 19-stej czasu chińskiego dojeżdżamy do celu podróży – granicznego miasta wietnamskiego He Ku. Co robić dalej? Gdzie jest ta granica? Trudno nam porozumieć się z miejscowymi ludźmi, każdy z nich chciałby na nas zarobić, nawet na informacji nam udzielonej. Bierzemy taksówkę i jedziemy do granicy. Okazuje się, że granica leży około 300 – 400 metrów od dworca autobusowego, skąd wyjechaliśmy. Trudno, śmiejemy się z tego i płacimy znowu dość słony rachunek. Dobrze, że odprawa przebiega szybko i sprawnie. Polacy są tu rzadkimi gośćmi, wszyscy nam się przyglądają. Ale nic sobie z tego nie robimy, jesteśmy już do takich sytuacji przyzwyczajeni.

Zapada zmierzch, nadal nie ma czym oddychać. Po przejściu granicznej rzeki jesteśmy w Wietnamie. Wózkiem akumulatorowym przystosowanym do przewozu turystów znowu za słona opłatą (dobrze, że w walucie chińskiej, dongów jeszcze nie wymieniliśmy) jedziemy do dworca kolejowego. Za mniej więcej godzinę mamy pociąg do Hanoi. Przed kasą biletową tłum ludzi, my nie mamy wietnamskiej waluty. Bankomatów w pobliżu dworca nie ma. Uczynny chłopak na motorku, których tu są tysiące, proponuje nam pomoc. Zawiezie jednego z nas do bankomatu oddalonego znacznie od dworca. Byle szybko, byle zdążyć na pociąg. Mam przy sobie kartę, jadę po pieniądze. Gdy zobaczyła to Ilona – zdrętwiała: a co będzie jak mnie gdzieś wywiezie i obrabuje? Ale wszystko kończy się dobrze. Chłopak gna na złamanie karku, wypłacam pieniądze (około 100 dolarów - 1 300 000 dongów) i wracamy. Ilona oddycha z ulgą. Ale przy kasie nadal tłum, nie mamy szans dopchać się do okienka. Szkoda, że podczas mojej nieobecności nie stanęli w kolejce, ale teraz nic już na to nie poradzimy. Co robić? Krótka narada i mamy plan. Bilety kupimy w pociągu u kierownika, jak u nas w Polsce. Ale jak wejść na peron, gdy w wejściu stoją bileterzy i wpuszczają tylko tych, co mają bilety? Andrzej idzie pierwszy, dziewczyny za nim, ja na końcu. Andrzeja próbują zatrzymać, on nie zwraca na nich uwagi. W tym czasie przechodzą Ela z Iloną, ja zamykam pochód. Bileterzy nie wiedzą, co robić. Jeśli pobiegną za nami, inni wejdą bez biletów. Machnęli na nas ręką i dzięki temu jesteśmy przy pociągu. Ale żaden konduktor (nie wiemy jak rozpoznać kierownika pociągu) nie chce z nami rozmawiać na temat kupna biletów u niego. Tylko w kasie. Co robić? Pociąg zaraz ma odjazd. W końcu jeden z nich bierze komórkę i gdzieś dzwoni. Coś się dzieje, jest już dobrze. Za chwilę przybiega „konik” z biletami. Bierzecie? Bierzemy. To wsiadajcie, zaraz się policzymy. Wciskają się dziewczyny w tym tłoku do przedziału, my dogadujemy się z konikiem co do ceny. Jest jednak dla nas nie do przyjęcia – chce po 30 USD za bilet do Hanoi – około 300 kilometrów. Po negocjacjach rezygnujemy. On nie chce opuścić ceny, my nie chcemy za tą cenę jechać. Wysiadamy, dziewczyny przepychają się znowu z bagażami do wyjścia. Gdy konik to zobaczył – zmiękł. Postawiliśmy na swoim i zapłaciliśmy po 20 dolarów. To i tak jest mocno wygórowana cena, zdajemy sobie z tego sprawę, ale dla nas najważniejszy jest czas. Przedział jest czyściutki i wygodny, jest termos z wrzątkiem, są ręczniczki, jest herbata. Jeszcze Andrzej kupuje na peronie piwo na drogę i pociąg rusza. Jedziemy do Hanoi, rano będziemy na miejscu. Jesteśmy tak zmęczeni, że nie pozostaje nam nic innego jak tylko położyć się spać. Usypiamy niemal natychmiast.

Hanoi.

Rano budzi nas konduktorka wagonu –dojeżdżamy do Hanoi. Szybko się zbieramy, Ilona ubiera kurtkę, bo rano jest zawsze chłodno i wychodzimy z wagonu. W tym momencie Ilona staje, zdejmuje plecak i szybko ściąga kurtkę. Jest taki żar, że trudno wytrzymać. A co będzie w dzień? Trudno sobie to wyobrazić. A jest dopiero godzina 5:30. Na peronie mnóstwo taksówek, kierowcy szukają klientów. Nas nagabują, bo cudzoziemcy są tu w cenie. Co ciekawe, taksówki w Hanoi to niemal wyłącznie popularne u nas Matizy, ale w wersji czteroosobowej. A i tak na bagaże pozostaje bardzo mało miejsca, a my mamy bagaże solidne. Nie jedziemy Matizem, bo zresztą nie mamy na razie gdzie jechać. Dziewczyny tradycyjnie pozostają przy naszym dobytku, a my z Andrzejem idziemy szukać hotelu. Gdzieś trzeba się zatrzymać.


W okolicy dworca kolejowego w Hanoi hoteli jak na lekarstwo. Jeden od razu widać, że jest nie dla nas, nie na naszą kieszeń, drugi jest zamknięty. Pukamy, stukamy, nikt nie odpowiada. Po drodze próbujemy miejscowego piwa (w Chinach było lepsze, ale to też jest zimne i łatwo dostępne, a to jest już jego zaletą) i wracamy na dworzec. Okazuje się, że podczas naszej nieobecności żony nasze zaczepiał Wietnamczyk, właściciel hotelu w mieście proponując tani nocleg. To dobrze, ale teraz gdzieś zniknął. Po chwili odnalazł nas, gdy siedzieliśmy przy kolejnej szklaneczce boskiego trunku. Przy szklaneczce, bo w Hanoi to tradycyjny sposób podawania go, kufle czy pokale są tu rzadkością. Kończymy piwo i decydujemy się na zaproponowany nocleg, cena 10 USD za 4-osobowy pokój z łazienką i telewizorem jest dla nas atrakcyjna, tym bardziej, że dowóz do hotelu jest gratis.


Pokój okazał się dosyć duży, w sam raz dla nas. Rozgościliśmy się i w dalszą drogę. Musimy poznać to miasto. Tym bardziej, że jutro wyjazd na Ha Long, przepiękną zatokę położoną około 100 kilometrów od stolicy Wietnamu. Właściciele hotelu prowadzą przy okazji małe biuro podróży i namówili nas na tę wycieczkę. A jeszcze w domu podziwialiśmy Ha Long na zdjęciach. Jutro będziemy tam osobiście. Cena 100 USD za 4 osoby, z dowozem na miejsce (około 100 kilometrów), z rejsem po zatoce i obiadem na pokładzie, ze zwiedzaniem okolicznych jaskiń i powrotem do hotelu, nie jest wygórowana. Wręcz odwrotnie.

Wyjechaliśmy z hotelu o 8 rano niewielkim, 12 osobowym busem. Wszystkie miejsca były wykorzystane. Po drodze małe zdarzenie. Postronnym obserwatorom, nam, turystom, wydaje się, że Wietnamczycy jeżdżąc samochodami czy skuterami po ulicach, nie mają żadnych zasad, że przepisy ruchu drogowego ich nie dotyczą. I zawsze jakoś wychodzą z najróżniejszych opresji. Jadąc nad Ha Long bus nas wiozący starł się na prostej drodze z miejscową taksówką. Po prostu obaj kierowcy wjeżdżali w tym samym momencie na ten sam pas ruchu, jeden z prawej, drugi z lewej strony. My, pasażerowie nawet nie poczuliśmy momentu „otarcia” samochodów. Ale postój nas nie ominął, ponad pół godziny byliśmy opóźnieni, a nasz pojazd został lekko pokiereszowany, co później miało dla mnie osobiście smutne konsekwencje. Ale wszystko dobrze się skończyło, pojechaliśmy dalej. Ponad dwugodzinna jazda samochodem to dla nas możliwość obserwacji życia, zwyczajów, krajobrazu wietnamskiego, wietnamskiej wsi. Poznaliśmy dalsze okolice Hanoi, chociaż z okien samochodu. Architektura tego kraju to przeciwieństwo naszej. Tutaj wszystkie domy, czy to w mieście, czy na wsi budowane są inaczej. Te wietnamskie są wąskie, ale długie i na ogół jedno czy dwupiętrowe. Na parterze zawsze jest duże pomieszczenie czy to na sklep, magazyn czy garaż. Właściciele tutaj spędzają większość czasu, tu pracują, odpoczywają, jedzą, śpią. Górne pomieszczenia, szczególnie latem, gdy my tu byliśmy, rzadko są wykorzystywane.

Jesteśmy w strefie podzwrotnikowej, roślinność jest inna niż u nas, rosną banany, kokosy, pomarańcze. Zim praktycznie tu nie ma. W domach nie widać kominów, są tu niepotrzebne.

Po dwugodzinnej jeździe, po kilku postojach na stacjach benzynowych czy jadłodajniach jesteśmy na Ha Long. Widać reklamowane na zdjęciach charakterystyczne, wyrastające nagle z ziemi czy wody wysokie skały, czasami obrośnięte roślinnością, czasami nagie. Podobno jest ich ponad 2 tysiące. Podjeżdżamy obok jakiejś ogromnej jadłodajni. Chyba będzie tu dla nas posiłek. Zostawiam torbę ze sprzętem fotograficznym, z dokumentami, w naszym pojeździe, w ostatniej chwili biorę ze sobą tylko oba aparaty. Okazało się po chwili, że posiłku tu nie będzie, że płyniemy od razu w rejs po zatoce. Dobrze, że wziąłem aparaty, ale zapasowe akumulatorki zostały w torbie. Znowu będę musiał oszczędzać, myślę, że nie zabraknie mi „energii”. Ale co mam się martwić, będziemy wracać, to torbę wezmę, chyba nie zginie, leży pod siedzeniem. Uspokojony idę się relaksować. W porcie stoi chyba kilka setek replik starych żaglowców. Wszystko z myślą o turystach. My, wraz z pozostałymi turystami z naszego autobusiku, zajmujemy miejsca na jednym z nich. Nikt więcej do nas nie dosiada. Odpływamy. Pogoda jest wprost wymarzona na taką wycieczką. Tutaj zresztą pogoda i klimat jest mniej kapryśny niż u nas w Polsce. Tutaj lato jest latem i tylko latem. Zim nie ma, jesień też musi być upalna. Słońce i wspaniała zatoka, skały, roślinność. Wypływamy. Pomimo, że w porcie stało tyle statków, ze wszystkie miały komplet gości, na wodzie nie ma tłoku. Zatoka jest ogromna. Powoli przemieszczamy się między skałami, między statkami, nawet między pływającymi na wodzie domami tubylców. Widoki znane nam tylko ze zdjęć, ale są prawdziwe. Jest cudownie. Mogliśmy zapisać się na wycieczkę dwudniową, z noclegiem na okręcie, z wieczornym ogniskiem, z innymi atrakcjami. Ale to wiązało się z o wiele większymi kosztami, a my nie jesteśmy zbyt „forsiaści”, szczególnie po kolejowej podróży do Wietnamu.


Po dwóch godzinach podano obiad na pokładzie. Nie był to tylko posiłek dla napełnienia się. Obiad był dosyć wykwintny, pięknie podany, z egzotycznymi potrawami, które to potrawy nie zawsze potrafiliśmy nazwać. Ale był obfity i dobry. Jedynym mankamentem jego było to, że do obiadu rozdzielono nas. Ilona siedziała przy jednym stoliku z obcymi, ale miłymi dziewczynami z Kambodży, ja z Elą przy innym, Andrzej jeszcze gdzie indziej. Ale wrażenia smakowe wynagrodziły nam tę niedogodność. Na końcu obiad popiliśmy piwem, byliśmy w siódmym niebie.

Po obiedzie poszliśmy wylegiwać się na pokład. Ilona nawet założyła wzięty na tę okoliczność kostium kąpielowy. Pełna sjesta, woda, słońce, wiaterek.


Dobijamy do domku na wodzie, można zejść na drewniany pomost, kupić owoce, ryby, napoje. Wszystko świeżutkie, prosto z wody, prosto niemal z drzewa. Dla nas to egzotyka. Wrażenia są niesamowite, będzie o czym opowiadać po powrocie.

Dobijamy do przystani. Po chwili wchodzimy w głąb jaskini. Coś niesamowitego. Podobne jaskinie zwiedzałem jesienią zeszłego roku będąc na wycieczce związkowej na Słowacji. Tutejsze jaskinie są  równie atrakcyjne, lecz nieco mniejsze. Ale i tak niemało nachodziliśmy się, aby po jakimś czasie wyjść ze środka skały niemal na jej szczycie. Cóż za piękny widok na zatokę. Dobrze, że mam aparat, dobrze, że nie siadły mi jeszcze akumulatorki.

Powrót trochę się dłuży, bo ze trzy osoby z naszego statku wypożyczają po drodze rowerki wodne, musimy na nich czekać. Gdy jednak słońce zbliża się do kresu swej wędrówki dobijamy ponownie do portu. Idziemy do naszego autobusu. I tu zdziwienia – wsiadamy do innego busa niż przyjechaliśmy. Jestem zdezorientowany: co z moją torbą, z akumulatorkami, ładowarką, a przede wszystkim dokumentami, biletami na podróż do domu? Próbuję opowiedzieć o tym naszemu pilotowi wycieczki, miejscowemu Wietnamczykowi, ale ten niewiele rozumie z naszej łamanej angielszczyzny. Dobrze, że podróżuje z nami pewna Chinka, zna trochę rosyjski, zrozumiała, o co chodzi. Przekazuje to pilotowi. Ten mnie uspokaja, że tutaj nic nie ginie, że zaraz zadzwoni do biura i w Hanoi odbiorę swoją zgubę. Widać, że chłopak zbytnio tym się nie przejął. Ale ja przez całą powrotną drogę myślę tylko o tym. A co będzie, jeśli torba się nie znajdzie? Jak wrócimy do domu? Będą kłopoty.

W Hanoi wszystko się wyjaśniło, podjeżdżamy pod biuro turystyczne i po chwili pilot przynosi moją torbę. Wszystko jest na miejscu, wszystko jest ok. Szczęśliwi i uśmiechnięci kończymy ten ciężki i bogaty we wrażenia dla nas dzień.

Nazajutrz rano idziemy z Andrzejem na dworzec zorientować się jak wygląda sprawa kupna miejscówek do Pekinu. Jesteśmy przygotowani na to, że znowu, tradycyjnie będą kłopoty. Jakież było nasze zdziwienie, gdy dostaliśmy miejscówki do naszych biletów bez problemów. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Zawsze i wszędzie kłopoty z tym związane mamy wpisane w naszą wyprawę. Tutaj bez uwag dostajemy to, o czym nieraz marzyliśmy. Kasjerka na dworcu oglądała nasze bilety nie znając ich, nie wiedząc, z czym to połączyć, zawołała koleżankę. Ta już wiedziała, co to jest i co z nimi zrobić. Cena 550 tys. dongów za jedną miejscówkę też nie była wygórowana, to niecałe 50 USD. A przed nami podróż przez część Wietnamu i niemal całe Chiny, prawie 4000 km. Dzisiejszy dzień dobrze dla nas się zaczął, jesteśmy w wyśmienitych humorach. Baliśmy się tego dnia, baliśmy się tego, że znowu trzeba będzie walczyć o miejscówki. A walka ta na ogół jest nierówna, przeważnie to my ją przegrywaliśmy. Teraz jesteśmy już dobrej myśli, w Pekinie też nie powinno być kłopotów biletowych. Wszystko zaczyna nam się dobrze układać. Czas najwyższy, bo jeszcze trochę kłopotów i nie będziemy mieli za co wrócić do domu. Dzisiejszy dzień poświęcamy na ogólne poznanie stolicy Wietnamu. To typowo azjatyckie miasto, zupełnie inne od miast chińskich, mongolskich, innych, które do tej pory poznaliśmy. Chyba podobnie wygląda Bombaj, Delhi czy Bangkok. Niewielkie, wąskie domy, mnóstwo ludzi, niemal każdy ma motorek czy skuter, a do tego życie toczy się na wąskiej na ogół ulicy czy chodniku. W domach mało kto przebywa. Jedzenie, praca, odpoczynek – wszystko na zewnątrz. Tu się mieszka, tu pracuje, tu się je, tutaj żyje. Tutaj wystawia się towar, sprząta, myje, czyta, a niejednokrotnie śpi. Każda ulica w Hanoi to jeden wielki sklep, a na każdej z nich sprzedaje się co innego: na jednej zabawki, na drugiej ubrania, drogeria, sklepy z wyrobami z wikliny, z metalu, alkohole, artykuły papiernicze itp. A wszędzie, co kawałek jadłodajnie, kawiarnie, pijalnie. Zarówno w Chinach jak i w Wietnamie chyba nikt nie zna pojęcia Inspekcji Sanitarnej. Nie ma przepisów dotyczących higieny, czystości, ilości kabin WC na jednego gościa kawiarni, ilości stolików na metr kwadratowy powierzchni itp. bzdur. A mimo to wszyscy żyją i są zadowoleni. Że to działa najlepiej świadczy o tym, że wróciliśmy z tej niebezpiecznej podróży. Wróciliśmy cali i zdrowi.


Wybraliśmy się z przewodnikiem (z książką) na zwiedzanie stolicy. Byliśmy w muzeum Ho Chi Minha, gdzie ten przywódca Wietnamu przez jakiś czas mieszkał, obeszliśmy piękne, położone w samym środku miasta jezioro Hoan Kiem, zwiedziliśmy ponad stuletnią halę targową, widzieliśmy mauzoleum Ho Chi Minha (ale w środku nie byliśmy, było zamknięte), obok pałacu prezydenckiego przeszliśmy w drodze do Świątyni Literatury, następnie zobaczyliśmy jeszcze muzeum wojny przeciw Amerykanom, gdzie na dziedzińcu leży strącony wrak bombowca B52. Robi on ogromne wrażenie. Nigdy nie myślałem, że te bombowce są tak ogromne. Tutaj widać, jak naród wietnamski jest silny, jaki jest bohaterski. Wygrać wojnę ze światową potęgą militarną to nie byle co.

Jemy węża.

Po przyjeździe do hotelu Andrzej dostrzegł reklamówki miejsca, gdzie można zjeść węża. Byliśmy tym niezmiernie zainteresowani, jeszcze przed wyjazdem do Wietnamu myśleliśmy o zjedzeniu potrawy z tego gada. Teraz nadarzała się ku temu niepowtarzalna okazja. Kłopoty językowe były przyczyna tego, że na tę ucztę pojechałem tylko ja z Andrzejem, nasze żony pozostały na miejscu. A było to tak. Recepcjonistka w hotelu (jednocześnie jego właścicielka) pyta nas, kto będzie jadł tego węża. Oczywiście ja i Andrzej. Zapisała coś, zanotowała, umówiliśmy się na konkretny dzień. Gdy nadszedł czas wyjazdu, okazało się, że transport jest zamówiony tylko na dwie osoby. Pojechaliśmy na miejsce wraz z właścicielką hotelu, zawiozła nas tam. Było to około 10 kilometrów od miejsca naszego pobytu. Na miejscu, przy bramie swego domu czekał już na nas właściciel. Zaprowadził nas na podwórko, gdzie w dużej klatce miał około 15 – 20 dosyć dużych węży. Którego chcemy? - zapytał i wszedł pomiędzy gady. Wybraliśmy niezbyt wielkiego z nich, z wyglądu przypominającego kobrę. Do dzisiaj nie wiemy, czy tak było naprawdę. Zapakował gada do skórzanego wora i udaliśmy się do domu, na pierwsze piętro, do przygotowanego już dla nas salonu. Tutaj Wietnamczyk pokazał nam dłoń, gdzie brakowało mu połowy palca wskazującego. To przez te gady – powiedział. Następnie wyjął z wora gada i lekkim uderzeniem głowy o podłogę ogłuszył go. Wziął żyletkę i naciął jego pierś. Cieknącą krew wlał do uprzednio przygotowanej karafki z wódką (około 0,25 l). Teraz przyszła kolej na serce, na centralną część programu. Wyciął je i umieścił w kieliszku. Serce cały czas biło. Po chwili zalał je alkoholem i podał nam do konsumpcji, do wypicia. Który ma odwagę? Ja się nie wzbraniałem, lecz ostatecznie czynu tego dokonał Andrzej, ja scenę tę fotografowałem. Andrzej nabrał powietrza i przechylił kielich. Przez moment zawahał się, a ja nie wiedziałem, czy jego zawartość przejdzie mu przez gardło, czy też się cofnie. Przeszła. Andrzej był szczęśliwy. Od tego momentu bez przesady można mówić, że Andrzej to człowiek o dwóch sercach, z których jedno ma w żołądku. A wielkość tego Andrzeja organu od tego czasu przybiera na wadze. Serce rośnie, można powiedzieć patrząc na niego.

Od tego momentu wężem zajęła się gospodyni domu, wzięła go ze sobą i poszła do kuchni zamienić go w różnego rodzaju dania. Po chwili na stół wjechało pierwsze z nich, jakaś sałatka. Były w niej młodziutkie, niewielkie kolby kukurydzy, jakaś zielenina (pędy bambusa? Być może), cebulka i dosyć duża ilość nie za miękkich kawałków mięsa. Do tego na stole pojawił się jakiś sos, pokrojony ogórek, jakieś inne dodatki. Rozpoczęliśmy ucztę. Po sałatce przyszła kolej na zupę podaną w niewielkich salaterkach. Była dosyć gęsta a jej smak mdławy. Ale zjedliśmy ją do końca. Teraz gospodyni przyniosła coś, co przypominało nam ikrę z innymi dodatkami (też cebulka?), a jadło się to nakładając na coś, co przypominało twarde i bardzo kruche naleśniki. Następnie przyszedł czas na skórę węża podaną jako chrupki. Była bardzo krucha, ale nic nie straciła z wyglądu, typowy wąż, którego przed chwilą wybraliśmy. Muszę tu dodać, że cały czas obiad ten popijaliśmy wódką z krwią gada. Nawet dała się pić, chociaż na dworze był skwar, a wódka nie była schłodzona. Potem zaserwowano nam jeszcze mięso zawinięte chyba w zieloną paprykę, jakieś niewielkie, smażone kotleciki oraz zrazy. Pod koniec uczty zamówiliśmy zimne piwo, aby wszystko to dobrze utrwaliło się w żołądku.

Przyszedł czas na płacenie. I tutaj zrzedła nam mina. Nie liczyliśmy, że będą to aż takie koszty. Zapłaciliśmy 1 360 000 dongów. Cena ta powoduje, że danie to nie jest przeznaczone dla przeciętnych Wietnamczyków. Jak powiedział nam gospodarz, Wietnamczycy do niego nie przychodzą, bo nie stać ich na to. Dla nas też nie była to niska cena, szczególnie po naszych przygodach biletowo – finansowych podczas podróży do stolicy Wietnamu. Ale cóż nam pozostało? Płakać i płacić. Mogliśmy wcześniej spodziewać się tego, gdyż jeszcze przed wyjazdem na tę imprezę, gdy pytaliśmy o cenę, nikt nic konkretnie nam nie odpowiedział. Powinien to być dla nas dzwonek alarmowy. Ale byliśmy tak zafascynowani tym daniem, że żadne dzwonki na nas nie działały. Dzisiaj myśląc o tym wydaje się nam, że cena jak dla nas, Polaków, Europejczyków, podróżników, nie była aż tak wygórowana. Ile u nas, w Polsce kosztowałoby takie danie, gdyby w ogóle można było je tu skonsumować? Na pewno o wiele, wiele więcej. Przecież 1 360 000 dongów to około 250 złotych. Z dowozem na miejsce, z konsumpcją i powrotem do hotelu dla dwóch osób. Da się przeżyć, a wrażenia pozostają do końca życia.

Hanoi - Pekin.

Nadszedł czas pożegnać się z Hanoi. Bilety i miejscówki mieliśmy wykupione na pociąg do Pekinu na godzinę 18:30 na piątek dnia 8 czerwca. Tego dnia od samego rana upał, nawet jak na tutejsze warunki, był nie do wytrzymania. Do samego odjazdu pociągu chłodziliśmy się w klimatyzowanych kawiarenkach, bo inaczej nie wytrzymalibyśmy tego klimatu. Jeszcze ostatnie zakupy pamiątek, ostatnie zdjęcia i w drogę. Muszę tu dodać, że w Wietnamie wszystkie pociągi są wąskotorowe. Tabor, a przynajmniej te lokomotywy, z którymi się tu zetknąłem, nie są najnowszej generacji. Wręcz przeciwnie. Po powrocie z tej podróży nie mam już takich kompleksów jeżdżąc na naszym, starym taborze SKM. A chyba powinienem je mieć (kompleksy, nie lokomotywy), gdyż tam jednak jest Azja, daleka jak dla nas Azja, a tutaj środek Europy. To zobowiązuje.

W czasie podróży do Pekinu znowu przekonaliśmy się, co to są kłopoty językowe. Na pytanie nasze w kasie dworcowej, czy pociąg ten jedzie bezpośrednio do Pekinu otrzymaliśmy odpowiedź pozytywną. Gdy zajęliśmy miejsca w naszym wąskim, bo wąskim, ale dosyć wygodnym, klimatyzowanym przedziale, po kolacji poszliśmy spać. Nie skojarzyliśmy faktu, że zabrakło pościeli do spania, kocy, poduszek. Myśleliśmy, że tak ma być. Wiadomo, co kraj, to obyczaj. Po paru godzinach jazdy, pobudka. Wysiadać, brać swój bagaż. Byliśmy zdezorientowani, co się dzieje? Kontrola graniczna w budynku dworca trwała chyba dobrze ponad dwie godziny. Potem podstawiono już inne wagony, inny, chiński już pociąg, ale z tymi samymi numerami wagonów i miejsc w nich. No, tym razem to koniec udręki, jedziemy do Pekinu, przed nami dwa dni podróży. Jakież więc było znowu nasze zdziwienie, gdy z samego rana, o 6:30 znowu nas obudzono i kazano wysiadać z pociągu. Co się dzieje? Dlaczego nas tak się traktuje? Dobrze, że pozwolono zostawić w przedziałach bagaż. A nam powiedziano, że pociąg jedzie na sprzątanie. Jak to, niedawno wyjechaliśmy w drogę, a już tu, w Nanningu sprzątanie? Czyścioszki jedne. Z peronu nie można wyjść, dopiero po chwili pod eskortą ładnych pań konduktorek przeprowadzono nas do poczekalni dla gości międzynarodowych. Skórzane kanapy, ładny wystrój, ale toalety pozostawiały jednak wiele do życzenia, jak na nasze europejskie warunki. Ale byliśmy jeszcze w Azji, a tutaj standardy są inne. Poszliśmy z Andrzejem zwiedzić okolice dworca, dziewczyny odpoczywały na kanapach po trudach tej ciężkiej nocy. Zjedliśmy jakieś danie w miejscowym barze szybkiej obsługi, jakąś zupę z makaronem (niezbyt nam smakowała, część jej zostawiliśmy w miskach), spróbowaliśmy miejscowego piwa (tradycyjnie dosyć dobre), porobiliśmy konieczne na dalszą drogę zakupy i trochę pamiątkowych zdjęć dla potomnych, że tu byliśmy. Czas wracać do poczekalni, aby po chwili pójść do wagonów. Tym razem, w czasie tej podróży były to ostatnie niespodzianki. Teraz mogliśmy spokojnie zająć się obserwacją krajobrazu za oknem. A było co oglądać. W Chinach, ale chyba nie tylko w Chinach, lecz na całej półkuli północnej rozpoczął się czas żniw. Dużo ludzi na polach, trochę maszyn, mnóstwo słomy, którą to słomę masowo tu się wypala. Od tego ognia jest mnóstwo dymu. Od Nanningu coraz mniej widzimy zieleni, coraz mniej tropikalnych roślin, owoców. Coraz więcej ziemi, piasku, minerałów. Znowu jedziemy na północ, a im bliżej tej północy, im bliżej Pekinu, tym więcej biedy. Wiejskiej biedy, bo w miastach jej nie widać. Miasta są na pokaz, miastami można się pochwalić. Wioskami już nie. Im jedziemy dalej, tym więcej pada, tym jest coraz więcej wody w rzekach. Jest powódź. Masa pól zalanych, masa zbiorów nie do zebrania. Co muszą przeżywać tutejsi chłopi, gdy do tej strasznej biedy dodamy powódź? Na pewno żyć się nie chce. Zdjęć też dużo nie robię, bo wciąż pochmurno, ciemno. Po przyjeździe do domu jeszcze przez długi okres czasu słyszymy w mediach o powodzi w Chinach, o tym, ile ofiar pochłonęła. Niewiele mówi się o stratach materialnych, ale te muszą być ogromne.

Pekin.

W niedzielę 10 czerwca w południe docieramy do Pekinu. Wjeżdżamy na inny dworzec niż w zeszłym roku. Ale zbytnio się nie martwimy, mamy adres „naszego” hotelu. Ale na dworcu zaczepiają nas miejscowi „łapacze” i proponują nocleg. Ile? 140 yuanów. Cena niższa niż przed rokiem (200 yuanów), ale jeszcze się targujemy. Staje na 120 yuanach za pokój dwuosobowy, z dojazdem na miejsce hotelowym busem.

Hotel ma nieco niższy standard niż ten z zeszłego roku, ale decydująca jest cena. Jednak mamy pewne opory, jesteśmy lekko skacowani tym, że „zdradziliśmy” naszą zeszłoroczną kwaterę. Nawet z tego powodu nie byliśmy go odwiedzić, chociaż nie było tam daleko.

Po rozpakowaniu się i lekkim posiłku wpada Andrzej do naszego pokoju „Zbychu, leci w telewizji siatkówka Polska – Chiny, jedziemy na mecz”. Jak to, zdążymy?

-dopiero się zaczął, już wiem gdzie to jest, zamówiłem taksówkę.

Ubieramy koszulki i polskie czapeczki, jedziemy na mecz. Ale tu, gdzie przywiózł nas taksówkarz stoi jakaś duża hala, ale w budowie. Kibiców nie widać, wokół jest cicho i spokojnie. Obeszliśmy teren wokół i nic nie znaleźliśmy. Wracamy do hotelu. Gdy wchodzimy w jego progi, dostaję od Maćka sms-a „W Chengdu Polska pokonała Chiny 3:2” W Chengdu, nie w Pekinie. Uśmialiśmy się mocno z tej naszej przygody. A w Chengdu byliśmy parę dni wcześniej. Szkoda, że wówczas nie było tam tego meczu.

Pekin już trochę znaliśmy, zresztą jak już wspomniałem wszystkie chińskie miasta są do siebie bliźniaczo podobne. Wieżowce, wysokościowce, hotelowce, sklepy i mnóstwo jadłodajni i knajpek. Mało zieleni, masa ludzi. Przecież tu każde większe miasto, a tych są setki, to kilka milionów ludzi. W Chinach byłem już dwa razy, ale wszystkich Chińczyków nie dałem rady jeszcze policzyć. I ile razy bym tu nie był, to daję głowę, że mi się to nie uda. Może nie warto już tu przyjeżdżać, przynajmniej do tych ogromnych miast?

Jedna z pierwszych rzeczy w Pekinie, to kupno miejscówek na powrót. W zeszłym roku nie było tutaj z tym problemów, jesteśmy pewni, że teraz też nam się powiedzie. I znowu jesteśmy przykro zaskoczeni. W hotelu Internationale nieopodal dworca, gdzie w zeszłym roku je załatwialiśmy odsyłają nas z kwitkiem. Nie da rady, Polakom się nie należą. Na nasze naciski, prośby i groźby niewiele reagują. Kierowniczka biura, która w zeszłym roku nam je sprzedała, próbuje coś szukać w papierach, ale nic z tego nie wychodzi. W końcu każą nam przyjść po przerwie, po lunchu, po 1,5 godzinie. W pobliżu jest polska ambasada, tam idziemy po pomoc. Jeszcze przed wyjazdem wysłałem do ambasady fax, w którym opisałem nasze zeszłoroczne problemy z miejscówkami na linie wewnętrzne w Chinach (z kupnem miejscówek do Moskwy nie było problemów). Zrobiłem to po zeszłorocznej rozmowie z miłą panią w tej właśnie ambasadzie, która to pani radziła nam, że gdy tu jeszcze będziemy coś chcieli załatwić, mamy opisać faxem nasze problemy, ona się przygotuje i gdy tu będziemy postara się nam pomóc. Niestety, nie zapisałem nazwiska tej pani, rozmawialiśmy z kim innym. Po chwili portier połączył mnie z konsulem. Przedstawiłem mu naszą sytuację, że jesteśmy kolejarzami, że mamy takie kłopoty. On się pyta, jakie przepisy obowiązują w tym względzie. Mówię mu, że nie wiem. To pan nie przygotował się do tej podróży? - pyta.

- to ja mam znać wszystkie akty prawne jadąc w taką podróż?

- byłoby mi łatwiej panu pomóc – odpowiada. A w tej sytuacji nic nie mogę zrobić. Gdyby były dalsze problemy, proszę przyjść jutro.

I na tym rozmowa się zakończyła. Po co tacy ludzie siedzą na placówkach i biorą nasze pieniądze, gdy prosi się o pomoc, są bezradni. Ale nasza ambasada jest bardzo okazała, to jedna z największych w Pekinie. Iluż darmozjadów musi tu siedzieć?

Po powrocie po lunchu do biura podróży, rozmowa była już inna. Od razu poproszono nas o paszporty, a to znaczy, że sprawa jest na dobrej drodze. Do dzisiaj nie wiemy, co się wydarzyło podczas przerwy, ale to nieważne. Ważne jest to, że sprawa została załatwiona. Pozostała jeszcze cena, coś za wysoka w porównaniu z zeszłym rokiem;

- bo ceny poszły w górę – dowiadujemy się. Ale żeby aż tak, z 720 yuanów w zeszłym roku za I klasę do 1250 w tym. Ogromny wzrost, ale cóż nam pozostaje? Płakać i …. Dopiero po paru dniach, dopiero przy wejściu do pociągu okazało się, że sprzedano nam miejscówki na klasę De Lux, o które wcale nie prosiliśmy, a których cena (razem z biletem) porównywalna jest do ceny samolotu. Ale cóż? Za luksus się płaci. A ten luksus to drewniane wykończenie wagonu i przedziałów, miła obsługa (jak zawsze i wszędzie w Chinach), dwa spania i fotel w przedziale, a przede wszystkim łazienka na dwa przedziały. Zresztą z tej łazienki nie w pełni korzystaliśmy, bo brakowało ciepłej wody. A kąpać się pod prysznicem w zimnej, to żadna przyjemność. Ale wygoda była, to trzeba przyznać.

Wracając jednak do zakupów miejscówek, było jeszcze jedno utrudnienie. W zeszłym roku płaciliśmy kartą, w tym już nie było można. Tylko gotówka. A na taki wydatek nie byliśmy przygotowani. Musieliśmy udać się do banku, aby wypłacić pieniądze. I tu znowu niespodzianka. Nie wszystkie bankomaty chcą obsługiwać nasze karty. Mi jakoś się udało w miarę szybko to załatwić, Andrzeja czekały dłuższe kłopoty. Jeździł po Pekinie w poszukiwaniu bankomatów aż do następnego dnia. Ale w końcu się udało. Dobrze, że mieliśmy jeszcze na tyle pieniędzy, że starczyło nam na powrót do domu.

Poszedłem z Iloną zwiedzić plac Tien An Men. Od zeszłego roku nic tu się nie zmieniło, tylko ludzi trochę mniej. Ale nie ma co się temu dziwić, gdy w zeszłym roku tu byliśmy, był 4 czerwca – 17 rocznica krwawo stłumionego przez władze buntu studentów. Dzisiaj jest 13 czerwca, nie ma żadnej rocznicy, jest cicho i spokojnie. Ludzie czekają na zdjęcie flagi państwowej i odprawę warty honorowej, my już to znamy. Nie czekamy. Obchodzimy plac, kolejne zakupy i wracamy do hotelu.

W Pekinie jest ciągły smog. Czy to w zeszłym roku, czy w tym, tutaj jest tak zawsze, jest to już wpisane w krajobraz miasta. Smog to nie tyle mgiełka, ile mgła. Lekko żółta, bez zapachu, ale dużo Chińczyków nosi ochronne chustki na twarzy, aby się nie zarazić. Zresztą w Hanoi, chociaż smogu nie było, chustki też noszono.

Pekin - Moskwa - Gdańsk.

Podróż transsybirem do Moskwy to już dla nas rutyna – jedziemy tym pociągiem już trzeci raz. Dziewczyny zabijają czas popijając drinki z chińskiej wódki (brrrrr), my konsumujemy kupione na drogę chińskie piwo. Jest tego dosyć dużo, ale do Moskwy jeszcze musimy uzupełniać zapasy.

W Ułan Bator odwiedza nas Dasza, nasz zeszłoroczny kolega z podróży, który powrócił z Polski do Mongolii, ale ma zamiar jeszcze pobyć w naszym kraju. Trochę się spóźnił, ale chwilę pogadaliśmy. Zdążyliśmy jeszcze wypić jego zdrowie. Miło spotkać znajomych na drugim końcu świata.

Nigdy nie mogę zrobić zdjęcia słupka - obelisku rozdzielającego Europę od Azji w pobliżu Swierdłowska. W tym roku przeszkodził mi pociąg towarowy jadący po sąsiednim torze i zasłaniający go. Szkoda. Może się uda za czwartym razem? Ale czy będzie jeszcze ten czwarty raz. Ileż można podróżować w tym samym kierunku? Świat przecież jest taki duży.

Przez całą niemal podróż powrotną pogoda nam nie dopisuje. Przez większą część podróży pada deszcz, jest niezbyt przyjemnie. Ale ta pogoda niezbyt nam przeszkadza, jedziemy wszak w suchym przedziale. Jedyne utrudnienie z tym związane to, że zdjęcia przy deszczu wychodzą niezbyt udane. Ale wychodzą i to jest ważne.

Przez całą drogę nikt nie dba o to, aby szyby w przedziałach były przezroczyste. Są brudne, okurzone, mokre, niewiele przez nie widać. A robienie zdjęć przez szybę w tych warunkach to strata czasu. W zeszłym roku obsługa pociągu bardziej o to dbała. Czyżby transsybir schodził na psy?

W Moskwie miła niespodzianka. Nie musimy czekać do godziny 22-giej na pociąg do Warszawy, w tym roku uruchomiono dodatkowego POLONEZA o godzinie 19:20. Oczywiście bierzemy na niego miejscówki, będziemy szybciej w domu. Już przed wyjazdem z Hanoi umówiliśmy się, że celnikom na granicach, a szczególnie naszym w Polsce, nie będziemy mówili, skąd wracamy. Wiadomo, Wietnam może im się źle kojarzyć, mogą nas szczególnie obszukiwać. Gdyby się pytali, powiemy, że wracamy z Chin. Nie skłamiemy przecież. Już tam raz byliśmy, kontrola była normalna. A jadąc z Wietnamu, to nie wiadomo, co nas czeka. Ostatnia kontrola na granicy, w Terespolu. I tu Ela nie wytrzymała, pokazuje celniczce nasze trofea z Wietnamu – węże w wódce w butelce. Taki towar jest zabroniony, za to można iść do więzienia. Ale Ela nie wytrzymała. Dobrze, że celniczka to zignorowała, inaczej mogliśmy mieć kłopoty. Ale udało nam się cało i zdrowo wrócić do domu. Przesiadka w Warszawie to tylko mały epizod z tej podróży. Zapamiętaliśmy tylko to, że w Warszawie też mocno padało. Po godzinie 17:00 dnia 20 czerwca dotarliśmy do domu. Zmęczeni, ale szczęśliwi, pomimo tego, że portfele nasze po przyjeździe były o wiele, wiele, wiele lżejsze, niż przed wyjazdem. Ale opłacało się. Będzie co opowiadać wnuczce na emeryturze w długie, zimowe wieczory.

Komentarze (2)

  1. dieta:

    Artykuł mnie bardzo zaciekawił, fajnie teraz wiem więcej.
    Ogólnie fajna strona :) Pozdrawiam

  2. Tabletki na odchudzanie:

    Fantastyczna strona internetowa, Wykonujesz kawał dobrej roboty.
    thnx !.

Zostaw komentarz

Uwaga: komentarze są moderowane. Jeżeli Twój nie pojawi się od razu, nie wysyłaj go ponownie.