Mój blog foto

Kalendarium

Wrzesień 2018
P W Ś C P S N
« cze    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Kategorie

Archiwum

Nasza-Klasa.pl

Moje Linki

Moje podróże 01- Ukraina - Besarabia - lipiec 2005.

9 lip 2009. Autor: zbistel

Opis wyprawy na ukraińską Besarabię - lipiec 2005.

Wstęp

Do wycieczki tej przygotowywałem się od ponad roku. Nie tyle przygotowywałem się, co myślałem o niej, czytałem o Ukrainie, Besarabii, szukałem w internecie połączeń kolejowych czy autobusowych z miejscowościami, do których mieliśmy jechać. Chciałem odwiedzić i poznać miejsca, gdzie spędzili wojnę moi rodzice (nie byli jeszcze wówczas małżeństwem) i krewni, gdzie pochowani są moi dziadkowie zarówno ze strony mamy jak i taty. Namówił mnie na tą podróż Tadek Głaz, urodzony właśnie tam w 1941 roku. Nasi rodzice, jako że po napadzie Związku Radzieckiego na Polskę 17 września 1939 roku zamieszkiwali tereny przygraniczne tego kraju (okolice Tomaszowa Lubelskiego), zostali wywiezieni w głąb tego imperium, podobnie jak i inni polscy mieszkańcy tych ziem. Ta część rodziny, która znalazła się po niemieckiej stronie granicy, wojnę spędziła w swoich rodzinnych stronach. Dobrze, że Rosjanie zesłali rodzinę na Besarabię, a nie na Syberię czy np. do Kazachstanu. Mieli siły, możliwości i realne szanse na to, że po wojnie wrócą. Któż jednak w czasie wojny o tym myślał? Myśl o powrocie przyszła wraz z zakończeniem wojny. Rodzice Tadka wrócili wraz z dziećmi jeszcze w 1942 roku, myśleli, że tu będzie lepiej. Niestety, przeżyli po powrocie tyle, że pobyt na Besarabii to pestka.

Besarabia to przedwojenna nazwa krainy geograficznej leżącej dziś na pograniczu Mołdawii, Ukrainy i Rumunii. Przed wojną należała do Rumunii, po wybuchu wojny przejęli ją Rosjanie. Zaraz po wkroczeniu wywieźli rdzennych mieszkańców tych terenów - Rumunów w bliżej nieznanym kierunku, na ich miejsce przywieziono właśnie Polaków z terenów przygranicznych nowo zajmowanych ziem (pakt Ribentrop - Mołotow). Besarabia to tereny głównie rolnicze, przemysł jest tu słabo rozwinięty. Klimat jest tu suchy i gorący, przez większą część roku dają się we znaki upały. Sami tego doświadczyliśmy zwiedzając te miejsca w dobrze ponad 35 stopniowym upale. Zimy są tu stosunkowo krótkie, lecz mroźne i śnieżne. Główne uprawy to słonecznik, winogrona, kukurydza, papryka oraz arbuzy, zwane tu kawonem. Wina tu wytwarzane należą do najlepszych, chociaż nie są tak znane jak francuskie czy włoskie.

Dla porządku muszę dodać, że w wyprawie tej oprócz mnie brała udział moja żona Ilona, moja kuzynka ze strony mamy, mieszkająca od urodzenia we Lwowie - Danka. Jej mama nie była wywieziona, wojnę spędziła we Lwowie. Danka, urodzona już po wojnie, jechała z nami jako nasz przewodnik, zna doskonale język ukraiński, zna zwyczaje i obyczaje tu panujące, umie się poruszać w tym kraju, w przeciwieństwie do nas. Czwarty uczestnik tej wycieczki to również mój kuzyn, ale ze strony taty - Tadek, pomysłodawca tego przedsięwzięcia. Już po powrocie okazało się, że cztery osoby na taką wyprawę to liczba idealna. Wielkość grupy nie jest ani za mała ani za duża. Przedziały sypialne przeznaczone są dla czterech osób, taksówka zabiera cztery osoby, cztery osoby to nie jest tłum, ale i nie jest to mało. W sam raz.

I etap. Lwów - Odessa.

Wycieczkę naszą rozpoczęliśmy 29 lipca 2005 roku od Lwowa. Dlaczego? Bo gdzieś trzeba było ją zacząć. Tu mieszka Danka, stąd są dobre połączenia w głąb Ukrainy, Lwów leży blisko naszej granicy. Do Lwowa dotarliśmy moim samochodem po drodze zabierając Tadka. Dalej podróżowaliśmy koleją, autobusami, marszrutkami (są to bardzo popularne na całej Ukrainie busiki, we Lwowie zwą je marszrutkami, nie wiem jak gdzie indziej). Można było całą wyprawę odbyć samochodem. Nie znałem jednak na tyle Ukrainy, aby ryzykować. Bałem się złych dróg, bałem się złodziejstwa, chuligaństwa, bałem się tego, że w razie awarii nie będzie gdzie naprawić samochodu, a sam nie jestem mechanikiem. Dzisiaj, już po wszystkim patrzę na to inaczej.

Do Odessy zaplanowaliśmy podróż pociągiem. Bilety kolejowe na Ukrainie są o wiele tańsze niż w Polsce. Aby tu jednak kupić bilet, a trzeba wiedzieć, że wszystkie miejsca w pociągach dalekobieżnych są rezerwowane (i są to przeważnie miejsca leżące lub sypialne.) trzeba okazać dowód lub paszport. Takie zwyczaje i my tego nie zmienimy. Z tego powodu Danka nie mogła kupić nam biletów, kupowałem je w Polsce. Miejscówki mieliśmy od Przemyśla. Ja z Iloną, jako że pracuję na kolei, miałem bilet kolejowy, co w powrotnej drodze bardzo ułatwiło nam nabycie miejscówki.

Po zwiedzeniu Lwowa, jego przepięknych zabytków, cmentarza Łyczakowskiego oraz niedawno oficjalnie otwartego cmentarza Orląt Lwowskich, po zrobieniu pamiątkowych zdjęć, po posiłku i krótkim odpoczynku poszliśmy na dworzec tym samym rozpoczynając naszą przygodę.

Dworzec we Lwowie to cudo architektoniczne. W parze z klasą zabytku idzie jego utrzymanie. Tak czystego, zadbanego i utrzymanego dworca jak we Lwowie (podobnie jest w Odessie) w Polsce nie ma. Jestem kolejarzem, znam trochę polską kolejową rzeczywistość i mówię to z całą odpowiedzialnością. Trochę gorzej jest z utrzymaniem porządku wokół dworca we Lwowie, szczególnie rano, ale mieści się to w granicach „polskiej” normy. Na obu dworcach nie zauważyłem bezdomnych, kloszardów, żebraków. Może nasi kolejowi decydenci pojechaliby na Ukrainę i zobaczyli jak to się robi gdzie indziej, co to jest czystość, co to jest szacunek dla klienta. Podobnie zresztą jest na Zachodzie, podobnie jest w Pradze. To tylko u nas problem czystości terenów kolejowych jest nie do rozwiązania. Wygląda na to, że jest to wina ludzi i to nie tylko tych, co brudzą, ale również tych, co za czystość odpowiadają. Przede wszystkim tych.

Na dworcu, przed odjazdem, pierwszy zgrzyt. Gdy nasz pociąg wjechał w peron, okazało się, że nie ma w nim naszego, polskiego wagonu o numerze 17. Po naszych krótkich zabiegach, a pociąg stał tu planowo ponad 30 minut (odjazd - 0.23), dowiedzieliśmy się, że będą tu doczepiane wagony. Z tyłu ukraińskie, z przodu jeden polski, sypialny, z Przemyśla. Na pewno nasz. I znowu rozczarowanie. Polski wagon ma numer 27, nie jest to więc nasz wagon. Cóż robić? Czyżby wyprawa miała się zakończyć jeszcze przed jej rozpoczęciem? Konduktor wagonu początkowo zbywał nas, lecz po pytaniu o kierownika pociągu stwierdził, że może nas zabrać, ale w dwóch oddzielnych, częściowo już zajętych przedziałach. Poszliśmy na to, bo cóż nam zostało? Nieubłaganie dochodził czas odjazdu. Rozlokował nas do współpasażerów, sam zniknął na jakiś czas. Pojawił się minutę przed odjazdem pociągu stwierdzając, że nasz wagon dzisiaj jest ukraiński i został doczepiony na końcu pociągu. Niestety, nie zdążymy tam dojść, pociąg właśnie odjeżdża, a ma chyba ze 20 wagonów sypialnych. My możemy jednak tu zostać dopłacając jednak po 60 zł za miejsce. To nam nie odpowiadało. Z jakiej racji mamy dopłacać mając miejsca w pociągu. Na moją sugestię, że będę od kolei domagał się zwrotu za niewykorzystane miejsca, pan ten stwierdził, że to nierealne. Nasze miejsca przecież są w pociągu, więc zwrotu nie będzie. Tu miał niewątpliwie rację. Miał też rację mówiąc, że powinniśmy wsiąść do pociągu w Przemyślu i nie wiadomo, czy nasze miejsca są wolne. Konduktor, po 30 minutach od odjazdu, jeśli nie zgłosiliśmy się, miał prawo je sprzedać. Dodał z niechęcią, że ostatecznie możemy przejść na koniec, bo nasz 17-ty wagon był ostatnim w pociągu, a my będąc w wagonie 27 byliśmy całkiem na przedzie, wszystkie wagony są przechodnie. Tak też uczyniliśmy. Nie zamierzaliśmy ponosić niepotrzebnie dodatkowych kosztów. Liczyliśmy, że miejsca na nas czekają. Tak też było, było to nasze szczęście. Nauczka na przyszłość. Na koniec pociągu dotarliśmy jeszcze przed jego przybyciem do Odessy. Powiem więcej, zdążyliśmy się jeszcze do Odessy najeść i wyspać.

Początkowo była sugestia, aby Tadek jechał z Przemyśla, zajął nam nasze zajęte miejsca (aby konduktor ich nie sprzedał) i połączylibyśmy się we Lwowie. Dobrze, że tak nie zrobiliśmy. My biegalibyśmy po peronie we Lwowie szukając wagonu z Tadkiem. A Tadek w swoim wagonie zostałby doczepiony na końcu składu. My w tym czasie na początku składu szukalibyśmy naszych miejsc zajętych przez Tadka. Gdybyśmy jego nie zauważyli, nie wiedzielibyśmy, co robić. A Tadek będąc sam w pociągu i nie widząc nas przed samym odjazdem, mógłby wysiąść z pociągu nie chcąc sam jechać w nieznaną podróż. My dochodząc do naszego wagonu nie zastalibyśmy już w nim Tadka. Mogłoby tak być, gdyż Tadek nie miał komórki, nie byłoby z nim kontaktu. Opatrzność jednak nad nami czuwała od samego początku wyprawy. Potem jeszcze kilkakrotnie o tym się przekonaliśmy.

Ukraińskie wagony, wbrew pozorom i wbrew moim wyobrażeniom (związanym z wcześniejszymi o dobrych kilka lat doświadczeniami z podróży Przemyśl - Lwów i z powrotem) są bardzo czyste, zadbane, odpowiednio wyposażone. Nie są gorsze, są na pewno lepsze i lepiej zadbane niż polskie. Klimatyzacja w nich to norma, a jak jest przydatna sami o tym przekonaliśmy się odbywając podróż w najgorętszych chyba dniach lata 2005 roku. I jeszcze jedna ciekawostka związana z podróżą ukraińską koleją. Na bilecie kupowanym na Ukrainie widnieje pozycja „posł”. Wydaje mi się, iż jest to posłanie, czyli „wykup” pościeli. Niestety, albo to nie jest to, albo za tę samą usługę płaci się dwa razy. W pociągu pani konduktorka roznosi pościel pobierając za każdy komplet 7 hrywien (1 hrywna - 0,72 zł, stan na lipiec 2005). Ciekawostka, w czasie podróży powrotnej pani roznosząca pościel widząc, że jesteśmy obcokrajowcami chciała za tę usługę pobrać od nas po 10 hrywien. Niestety, nie wiedziała, że Danka jest Ukrainą. Ale tej pani wcale to nie speszyło, była już widocznie do tego przyzwyczajona. Jeśli tak, to płacicie po 7 hrywien odrzekła.

Obudziliśmy się około godziny 8.00 rano. Mycie, sprzątanie, śniadanie. Pociąg zatrzymuje się w Kotowsku. Postój około 20 minut. Zauważyłem, że pociągi na Ukrainie mają na stacjach dosyć długie postoje. Można wysiąść na peron, rozprostować krzyż czy nogi. Konduktorzy w każdym wagonie czuwają, aby wszyscy wsiedli. Bez ich sygnału pociąg nie ruszy. A na peronach kwitnie handel i życie towarzyskie. Wysiadają podróżni, nawiązują się rozmowy, przychodzą handlarze z owocami, napojami, pieczywem. Każdy chce zarobić, każdy coś sprzeda. U nas ten zwyczaj jest nieznany, nasze koleje dążą do tego, że jeżeli już pociąg musi jechać, to najlepiej, aby się wcale nie zatrzymywał, a jeżeli już się zatrzymuje, to musi natychmiast odjeżdżać, bo jest już opóźniony. Nasza polska norma. Okazuje się, że wcale tak być nie musi. I kolej funkcjonuje. Dziwne? Chyba nie bardzo. Odjeżdżamy z Kotowska. Jeszcze nie za długi postój na stacji Rozdzielna i dojeżdżamy do Odessy. Z okien pociągu miasto wygląda na duże, ale jakby trochę zaniedbane, niedoinwestowanie. Szczególnie zakłady przemysłowe. Ale to pierwsze wrażenie. Może się mylę? Za chwilę wszystko się wyjaśni. Wysiadamy z pociągu planowo, o 12.10. Po 12 godzinach jazdy. Słońce praży niemiłosiernie.

II etap. Odessa - Arcyz - Tarutino - Małojarosławiec 1.

Lwów i Odessa są miastami o porównywalnej wielkości (do 1 mln mieszkańców), porównywalne są również dworce. Oba czyściutkie, piękne, zadbane. W Odessie ruch jest ogromny, nasz pociąg jest jednym z wielu, które tu przybywają. Równie wiele pociągów stąd odjeżdża. Dworzec ma perony żeberkowe, wszystkie kończą się przed głównym budynkiem dworca. Aby wyjechać z Odessy lokomotywy muszą przestawiać i ustawiać składy w drugą stronę. Dworzec nie jest przelotowy. Podobnie jak we Lwowie nie widać tu zbyt dużo umundurowanych policjantów, tym niemniej widać porządek i ład. Podobnie jak na obu dworcach, na całej Ukrainie nie widać prawie wcale grafitti i graficiarzy. Albo jeszcze ta „moda” tu nie dotarła, albo się nie przyjęła.

Nie wiemy jeszcze, co będziemy dalej robić, jak potoczy się dalej nasza przygoda. Według naszych danych z internetu, autobus do Małojarosławca 1 - celu naszej podróży, odjechał z dworca autobusowego Priwoz o 10.10. Następny jest o 18.00 i przyjeżdża na miejsce o 21.20. Na noc. Co robić w tak małej wiosce jak Małojarosławiec 1 w nocy? Gdzie szukać noclegu? Czy jest tam w ogóle gdzie przenocować? Wątpliwe. Ale jest z nami Danka, zna język, może coś się dowie? Chcę tu dodać, że o 15.03 odjeżdża z Odessy pociąg do Bereziny, miasteczka oddalonego ok. 25 kilometrów od Małojarosławca 1. Przyjeżdża również po 21.00. I również jest problem z noclegiem.

Dworzec autobusowy Priwoz leży może z 500 metrów od dworca kolejowego Odessa Główna. Przechodzimy przez mały, przydworcowy bazar, jakich pełno na Ukrainie kupując zimne napoje (dobre, lecz nie za mocne piwo 0,5 litra - ok. 1,7 zł, woda gazowana 1,5 litra - 1 zł) oraz dziewczyny kapelusze na głowę, bo ich nie mają, a słońce nie żartuje. Po krótkim rekonesansie Danki po dworcu okazuje się, że za 10 minut odjeżdża do Arcyza - miasta na szlaku naszej wędrówki, marszrutka - busik na 19 miejsc. Miejsca, jak okazuje się u kierowcy jeszcze są, ale ostatnie. Przyszliśmy w ostatniej chwili, bo po nas byli jeszcze chętni na podróż, lecz się nie załapali. Moment i odjeżdżamy. Po odjeździe robi się w busie przyjemniej, bo upał coraz większy, ale otwarte okna robią swoje. Kierowca chyba bardzo się spieszy, bo 140 kilometrów przejeżdżamy w niewiele ponad dwie godziny. Myślałem, że drogi na Ukrainie są w fatalnym stanie, okazuje się, że chyba nie jest gorzej jak u nas. Przynajmniej na tych głównych drogach. A ruch znacznie mniejszy. Wszędzie za oknami pola uprawne, jest już po zbiorach zbóż, rośnie jeszcze kukurydza i słoneczniki, są i inne uprawy. Pól leżących odłogiem prawie nie widać. Przez całą Ukrainę przy drogach rosną drzewa i krzaki. Przeciw zimowym zaspom? Być może.

Przyjeżdżamy na dworzec autobusowy w Arcyzie. Miasto jest nieduże, ale schludne i przyjemne. Liczy ok. 40 tys. mieszkańców. Dworzec jest niewielki, oprócz naszej marszrutki stoi tu tylko jeden autobus. Wiek ma sędziwy, ale wygląda, że jest sprawny. Okazuje się, że odjeżdża za 10 minut i to my nim pojedziemy do Tarutina - niecałe 40 kilometrów. Stamtąd jest już tylko 20 kilometrów na miejsce. W autobusie nie ma tłoku, jedzie oprócz nas tylko parę osób, drogi są jednak coraz gorsze. Są większe dziury, autobus już nie jedzie w takim tempie jak marszrutka, ale 40 kilometrów pokonuje w miarę szybko.

Jesteśmy w miejscowości Tarutino. To już tak blisko do celu podróży. W najśmielszych snach nie przypuszczaliśmy, że tak szybko tu dotrzemy. Jak przedtem wspomniałem, opatrzność nad nami czuwa. Co jednak dalej? Autobus jedzie do Małojarosławca 1 po godzinie 19.00. Czekać? I co robić na miejscu? Spać? Zwiedzać? Nie wiemy. Wiemy za to tyle, że z Berezina pociąg powrotny do Odessy jedzie o godzinie 22.55. Chyba na niego dzisiaj nie zdążymy, pomimo szczęścia w dotychczasowej podróży. My pijemy zimne piwo i wodę, Danka idzie się rozejrzeć wokół dworca. Nim dopijemy piwo, Danka podjeżdża do nas taksówką. Trafiło się ślepej kurze ziarnko. I tą ślepą kurą jesteśmy zarówno my mając takie szczęście jak i taksówkarz. Dla niego taki kurs w tamtym terenie to też szczęście wygrane na loterii.

Aby dojechać do Małojarosławca 1 trzeba przejechać przez Małojarosławiec 2. To dobrze, bo do końca nie jesteśmy pewni, do którego jedziemy. Ale kierowca taksówki, po zasięgnięciu języka na stacji benzynowej utwierdza nas w przekonaniu, że to Małojarosławiec 1 jest celem naszej podróży. Bo tylko tam rzeka przecina wieś, przed rzeką stoi kościół (chociaż teraz jest tam szkoła, kościół był przed wojną). Dojeżdżamy do wsi. Z każdym kilometrem droga staje się gorsza. Ostatnie 5 kilometrów to droga przez mękę. Jak ten kierowca nas tam dowiózł wśród takich dziur i wyboi? Praktycznie do miejscowości tej nie ma drogi dojazdu. Ale jednak autobus jakoś też tu dojeżdża. Teraz wiem, co  znaczy powiedzenie “miejscowość odcięta od świata”. Wokół Małojarosławca 1 nie widać żadnych pól uprawnych. Chyba ziemia nie nadaje się do tego. Jak widać po drodze, jest tu chyba tylko biały, wapienny piasek i kamienie.

To tutaj urodził się Tadek, to tutaj wojnę spędzili moi rodzice, to tutaj pochowani są nasi dziadkowie. Wioska sprawia wrażenie, jakby niewiele zmieniło się tu nie tylko od wojny, ale grubo od przedwojny. Zamiast płotów - mury. Już przed przyjazdem tutaj wiedziałem, że w czasie wojny wioska otoczona była murem, z każdego obejścia było wyjście na zewnątrz. Wioska duża a wokół step. Nie było dokąd uciec. Zesłańcy niby byli wolni, a jednak czuli się jak w więzieniu. Zresztą mury zamiast płotów to w tej okolicy norma. Czyżby łatwiej było o kamień niż o siatkę? By może. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, jak wiele straciłem nie pytając rodziców o ich pobyt tutaj. Gdy żyli - niewiele to mnie obchodziło. Teraz, gdy ich nie ma, chciałbym tyle się dowiedzieć. Zresztą, od wojny minęło już tyle czasu, że pamiętają ją tylko ci, co byli wówczas małymi dziećmi. Miał z nami jechać brat Tadka, Bolek, który będąc tutaj miał 7 lat, dużo więc pamiętał. To od niego dowiedzieliśmy się co - nieco o Małojarosławcu przed przyjazdem tutaj. Niestety, nie mógł z nami przyjechać ze względu na stan zdrowia. A był wtedy taki młody. Podobnie jest z innymi zesłańcami. Chociaż jeszcze trochę z nich żyje - zdrowie na wiele już im nie pozwala. My przyjeżdżając tutaj jesteśmy chyba pierwszymi “turystami”, krewnymi zesłańców, którzy tu żyli. O ile wiem, nikt przed nami tu nie dotarł. A zesłanych było tu około dziesięciu polskich wiosek. Wszyscy zamieszkali właśnie w Małojarosławcu 1. Przybyli tu zimą, w straszne mrozy, jechali wagonami towarowymi ponad dwa tygodnie. Na dwie rodziny przypadał jeden wagon. Palić w piecu można było tylko na postoju. Ilu ludzi wyjechało, lecz nie dojechało? Nie wiem. Wiem tylko, że musiało ich być sporo.

Jura, taksówkarz dowozi nas do dużej jak na tę okolicę, zadaszonej wiaty na przystanku. Nie jest zniszczona, co u nas, w Polsce wydaje się niemożliwe. Uzgadniamy z Jurą, co robimy dalej. Staje na tym, że on poczeka na nas do chwili, aż skończymy zwiedzanie. Wówczas odwiezie nas do Bereziny na nocny pociąg. Teraz jest godzina 17.00. Mamy parę godzin czasu. Chyba nam go wystarczy, bo niewiele tutaj jest do oglądania.

Na ławce przy murze siedzi kobieta. Pytamy ją o Polaków, o to, kto tu może pamiętać czasy wojny. Pokazuje nam starą kobietę z kijem siedzącą z innymi kobietami kilka domów dalej. Okazuje się, że nie jest Polką, ale miała w Polsce ciotkę. Nie jest zbyt rozmowna, podobnie jak większość ludzi tutaj. Widać tylko, że jesteśmy bacznie obserwowani. To ona pokazuje nam, gdzie przed wojną był kościół i cmentarz. Są od siebie znacznie oddaleni. Cmentarz zresztą jest używany, jeśli można tak powiedzie, do dzisiaj. Robimy parę zdjęć z miejscowymi kobietami i dziećmi, parę ujęci domostw, bardzo zresztą skromnych, bierzemy adres od jednej z kobiet, aby przysłać im odbitki i idziemy dalej oglądać. Zaczynamy od szkoły. Stoi przed nią pomnik bohaterskich żołnierzy radzieckich a tuż obok krzyż i święte obrazki. Rzecz jeszcze niedawno nie do pomyślenia. Dzisiejsza szkoła to przedwojenny kościół. To tu przychodzili na msze zesłańcy. Wiem z opowiadań, że kościół był niski, duży i murowany. Wszystko się zgadza. Można rozpoznać w tej szkole dawne miejsce kultu. Od tyłu widać, gdzie był ołtarz. Dzisiaj jest tam dobudowany piec z kominem. Jako, że są wakacje szkoła jest zamknięta. W niewielkiej odległości od szkoły płynie rzeka. Podobno w czasie wojny nie miała swojej nazwy, nie wiem również, czy ma ją dzisiaj. Jest to nie tyle rzeka, co prawie wyschnięte jej koryto. Dołem płynie zanieczyszczona, mętna woda. Robię parę zdjęć i idziemy dalej. Oglądamy zagrody, lecz nie ma z kim rozmawiać. Ludzi widać niewielu a i to w oddali. W sklepie kupujemy napoje i idziemy do Jury. Jedziemy na cmentarz, jako że jest trochę oddalony od wioski. Droga kiepska, okolica nieciekawa, monotonna, brak roślinności oprócz jakichś ostów i zielska. Przy cmentarzu następny most tej samej rzeki. Spalone słońcem koryto rzeki, w dole mętna woda. Wydeptana do wody przez bydło ścieżka do wodopoju. Wokół chaszcze zielska. Jak w XIX wieku.

Cmentarz, mimo że jest do dzisiaj eksploatowany, jest bardzo zapuszczony. Zielsko sięga 1,5 metra, niewiele nowych grobów, również nieciekawych. Wszędzie rosyjskie i ukraińskie napisy na grobach. Nie widać polskich nagrobków. W niedostępnych zaroślach dostrzegamy betonowe słupki nagrobkowe z europejskimi literami. Nie sposób jednak odczytać, czy są to polskie napisy. Czas zrobił swoje. Po kilkuminutowych poszukiwaniach dajemy za wygraną. Polskich grobów tu nie znajdziemy. Zapalamy przywiezione ze sobą znicze na dwóch opuszczonych grobach bez podpisu i chwilę modlimy się za dusze naszych przodków tu pochowanych. Za nasze babcie, dziadków, za mojego pradziadka, który zmarł również tutaj zaraz po przywiezieniu. Ja idę jeszcze w gęste zarośla cmentarza szukać śladów rodziny, pozostali z nas powoli udają się do taksówki. Ja w zaroślach nic nie znajduję, robię jednak kilka ciekawych zdjęć. Polskich napisów jednak nie znajduję. Niszczę jednak sobie buty i sznurowadła przyczepianymi do nich masowo ostami najróżniejszej wielkości.

Po krótkim odpoczynku i naradzie, co dalej decydujemy się na odjazd do Berezina. Objeżdżamy jeszcze ostatni raz wioskę taksówką, robię z niej ostatnie zdjęcia i udajemy się w drogę powrotną. Jura wiezie nas na pociąg do Berezina.

III etap. Berezino - Odessa.

Taksówką przyjechaliśmy do Bereziny przed godziną 19.00. Rozliczyliśmy się z Jurą, cena 160 hrywien nie wydała się nam wygórowana za kilka godzin postoju i przejechanie ponad 50 kilometrów w obie strony. Pożegnaliśmy się chyba obustronnie zadowoleni. Teraz czekamy na pociąg, który zawiezie nas do Odessy. Dworzec w Berezinie to obraz nieciekawy. Trwa tu remont, wszystko jest w rozsypce poczynając od budynków a kończąc na peronach. Budynek wydaje się całkowicie opuszczony. Lecz to tylko pozory. Po dwóch godzinach przychodzi starsza pani - dyżurna ruchu. Wcześniej jej obecność jest tu zbędna, gdyż na dworcu nic się nie dzieje. Jedyny pociąg osobowy przyjeżdża tu przed 22.00, odjeżdża przed 23.00. Ruch towarowy też raczej odbywa się tu bardzo rzadko.

W pobliskim sklepie zabijamy czas przy stoliku, przy piwie i oranżadzie do 20.00, gdyż potem sklep jest zamykany. Ale w tym czasie dyżurna otwiera poczekalnię, gdzie mimo remontu są krzesła dla podróżnych. Bo na dworze mocno już tną komary. A na peronie i torach wokół pełno młodych żab, chwilami wydaje się, ze peron faluje, gdy zaczynają skakać. Mamy nadzieję, że może tu, w Berezinie uda nam się kupić bilety i przede wszystkim miejscówki z Odessy do Lwowa. Bo tych jeszcze nie mamy, nie wiedzieliśmy, kiedy uda nam się wrócić. A wiemy, że są kłopoty z ich nabyciem, szczególnie na dany dzień. W przedsprzedaży łatwiej o nie. Ale niestety, płonne nadzieje. Na dwie godziny przed odjazdem pociągu przychodzi kasjerka. Niestety, tutaj miejscówek na pociągi z Odessy nie sprzedają. Jesteśmy jednak mocno zdziwieni ceną biletu z Bereziny do Odessy. Za 210 kilometrów jazdy pociągiem, za bilet normalny wraz z miejscem siedzącym zapłaciliśmy po 7 hrywien od osoby. To jest prawie darmowy przejazd.

Wieczorem, im bliżej czasu odjazdu tym więcej przybywa chętnych do jazdy. Ludzie przeważnie odświętnie ubrani (jest sobota wieczór), są ci, co pojadą, są również odprowadzający. Są młodzi i starsi. Młodzież wyjątkowo spokojna. Chyba taka tu norma. A my myśleliśmy, że z tej malutkiej miejscowości tylko my pojedziemy do Odessy. Pozory mylą.

Na godzinę przed odjazdem pociągu przypomniałem sobie, że mógłbym tu naładować akumulator do aparatu, bo może mi paść przed Lwowem. Dobrze, że sobie o tym przypomniałem, źle, ze tak późno. Podładowałem go w pomieszczeniu dyżurnej. Sama się śmiała, że tak późno sobie o tym przypomniałem. Źle, że nie pomyślałem o swojej komórce. Była nam potem, we Lwowie potrzebna, a wcześniej padła. I mi i Dance. Złośliwość przedmiotów martwych.

Kilka minut po 22-giej przyjeżdża nasz pociąg. Przybył tu z Odessy jeden wagon, jeden też jedzie do Arcyza, gdzie dołączają ich więcej, z Izmaiła. Do Odessy przyjeżdża już kilka wagonów. Miejsca w wagonie są tylko siedzące. Nie śpię prawie wcale, na siedząco nie zawsze mogę spać w pociągu. Jest niewygodnie i krzywo. Widocznie nie jestem jeszcze na tyle zmęczony, aby zmrużyć oczy. Odczuję to następnego dnia w Odessie, będę marzył o tym, aby choć chwilę odpocząć. Rano, gdy wstaje słońce, robię parę zdjęć z okien pociągu, nie są jednak najwyższej jakości. Żałuję, że przegapiłem most na Dniestrze, mogłem go też sfotografować. Może jeszcze będę miał w życiu taką okazję? Oby.

Rano planowo o 6.39 wjeżdżamy do Odessy. Pociąg jechał raczej wolno, dużo stał na stacjach postoju, ale przyjechał planowo. Na pewno lepsze to niż szybka jazda i opóźnienie.

Pierwsze rzeczy, jakie robimy w Odessie to oddajemy bagaż do przechowalni a następnie idziemy do kasy po bilety i miejscówki do Lwowa. Niestety, brak. Pani w kasie międzynarodowej radzi nam zapytać o nie 6 godzin przed odjazdem pociągu. Będą je wówczas rozbrajać. Cóż to znaczy - pytam Danki. Ona zdziwiona, że nie wiem. Część miejscówek jest uzbrojona to znaczy zarezerwowana dla tych, co mają pierwszeństwo wykupu np. posłowie. 6 godzin przed odjazdem pociągu, jeśli uprawnieni nie wykupią miejscówek, są one “rzucane” do normalnej sprzedaży. Nie bardzo jednak wierzymy w to, że możemy je dostać i intensywnie szukamy innych możliwości powrotu do Lwowa. Najpierw idziemy na dworzec autobusowy “Priwoz”. Niestety, nie ma bezpośrednich autobusów do Lwowa. Wracamy na dworzec kolejowy myśląc, co dalej. Chwila odpoczynku i dalej w drogę. Na następny dworzec autobusowy. Może tam będą autobusy. Nic z tego. Półgodzinna jazda tramwajem i dziesięciominutowy spacer poszły na marne. Nie ma autobusów. Jesteśmy lekko podłamani. Co robić dalej, jak wrócić do domu? Tak wielki kraj w XXI wieku nie może zapewnić podróżnemu swobodnego przemieszczania się między milionowymi miastami. Jeszcze trochę brakuje Ukrainie do miana państwa europejskiego. Wracamy znowu na dworzec kolejowy, jesteśmy potwornie zmęczeni i zniechęceni. Sprawdzamy połączenia „łączone”, aby dotrzeć do Lwowa skokami. Po 17 jedzie pociąg do Winnicy, to jedna trzecia drogi. Dobre i to, zawsze będziemy bliżej. Nie mamy jednak możliwości sprawdzenia pociągów z Winnicy dalej. Bilety są, można je dostać bez problemu, jest to pociąg lokalny. Wstrzymujemy się jednak z kupnem, poczekamy do 11, bo będą wówczas „rozbrajać” bilety na pociąg o 17.00. Nie wierzymy zbytnio w te miejscówki, ale czekamy. Trzeba wykorzystać wszelkie możliwości wydostania się stąd. Siedzimy na eleganckich, skórzanych kanapach poczekalni dla turystów międzynarodowych, lekko przysypiamy, odpoczywamy. Nic nam się nie chce. Równo o 11.00 stoję z Danką przed okienkiem kasy. Pytamy kasjerkę o „rozbrojone” miejscówki. Szuka coś w komputerze, ale przede wszystkim ogląda mój i Ilony bilet bezpłatny na koleje ukraińskie. Mówi do koleżanki, że na ten bilet musi sprzedać miejscówki. Zaczynamy mieć nadzieję. Dajemy paszporty, pyta Danki, kim ona jest dla nas, bo ma dowód ukraiński. Przewodnikiem – odpowiada Danka i to wystarcza. Dostajemy tak potrzebne nam bilety i miejscówki na pociąg o godzinie 17.00 do Lwowa. W tym momencie odżywamy. Ucieka gdzieś zmęczenie i zniechęcenie. Znowu jesteśmy pełni energii, zapada decyzja: idziemy zwiedzać Odessę. Do 17 mamy parę godzin czasu. Ja chcę koniecznie zrobić sobie zdjęcie na słynnych odeskich, Patiomkinowskich schodach. Kupujemy plan Odessy, idziemy na tramwaj i w drogę. Wysiadamy z tramwaju przy ulicy Deribasowskiej, słynnym odeskim deptaku. Tu znajdują się najdroższe restauracje, sklepy i firmy w Odessie. Ulica Deribasowska to sopocki „Monciak”. Będąc w Odessie każdy musi się tu pokazać. Więc pokazujemy się i my. Faktycznie, wszystko tu jest dosyć drogie, nie musimy jednak zostawiać tu naszych pieniędzy. Zwiedzamy, robimy zdjęcia, idziemy dalej. Mnie zainteresowała galeria przy końcu ulicy. Coś podobnie wspaniałego widziałem w Brukseli. Zadaszony szkłem dziedziniec, przepiękne rzeźby na frontonach kamienic i najwyższe chyba ceny w najdroższych sklepach. Tu jest Europa. Ale cała ulica Deribasowska sprawia wrażenie jeszcze niedokończonej. Jeszcze trzeba włożyć tu dużo pracy i przede wszystkim pieniędzy, aby było luksusowo jak na europejskie warunki. Ale powoli, nie wszystko na raz.

Idziemy dalej, do Opery i na Bulwar a potem do schodów. Odessa to miasto kontrastów. Obok przepięknych, zabytkowych budowli utrzymanych i odnawianych na najwyższym światowym poziomie, w ich najbliższym sąsiedztwie można znaleźć obskurne, stare, XIX wieczne zapomniane kamienice i podwórka. Obok przepięknie odrestaurowanej cerkwii stoją np. domy nie remontowane chyba od 100 lat. Lwów pod tym względem jest mniej kontrastowy. Nie widać tam tak rażących różnic.

Mijamy odeską operę. Zaprojektował ją ten sam architekt, co projektował operę lwowską – Zygmunt Gorgolewski. Budynek Opery jeszcze większy niż we Lwowie i równie wspaniały. Zabytek światowej klasy. Po drodze do Bulwaru Nadmorskiego mijamy jeszcze kilka muzeów, zabytków, pomników. Pomnik Puszkina stoi na skraju Bulwaru, którym dochodzimy do słynnych, wybudowanych w 1842 roku schodów Patiomkinowskich. Z ich szczytu rozciąga się przepiękny widok na Dworzec Morski, przystań dla statków, ekskluzywny hotel Odessa oraz na morze. Powoli schodzimy w dół robiąc pamiątkowe zdjęcia, dochodzimy do przystani dla statków, do portu morskiego. Nie mamy już jednak sił wracać na górę, na 192 stopnie. U stóp schodów, przy ulicy Primorskiej wsiadamy do trolejbusu i wracamy na dworzec kolejowy. Podczas gdy Ilona, Danka i Tadek odpoczywają, ja idę jeszcze w okolice dworca zrobić parę zdjęć przepięknie odrestaurowanej cerkwii widzianej z okien trolejbusu. Odnajduję nie jedną, a dwie piękne cerkwie oraz obok nich urocze, stare, zaniedbane podwórka. Robię szybko zdjęcia i wracam. Do odjazdu została nam godzina. Kupujemy zapas napojów na drogę, robię ostatnie zdjęcia Odessy i do wagonu. Punktualnie o 17.00 ruszamy do Lwowa.

IV etap. Odessa – Lwów.

Szybko jemy kolację, wypijamy po małym drinku, siusiu, paciorek i spać. Jesteśmy śmiertelnie zmęczeni, ja mam poobcierane nogi. W tym 35 stopniowym upale założyłem klapki na gołe nogi, bez skarpetek. Poobcierałem je sobie na własne życzenie. Śpię, podobnie jak inni do 3 nad ranem, po przebudzeniu nie mogę już zasnąć, za dużo wrażeń. Pociąg powoli zbliża się do Lwowa. W perony wjeżdża planowo o 5 rano. Miasto jeszcze uśpione, dworzec spokojny. Do Danki do domu nie spieszymy się za bardzo, nie chcemy za wcześnie budzić jej córki – Julii. Po co. Padły nam wszystkie komórki, nie ładowaliśmy ich przez całą wyprawę, a były intensywnie eksploatowane poprzez odbiór i wysyłanie sms-ów. Na rozmowy komórkowe za granicą nie było nas stać. Jeśli ktoś dzwonił do nas – odrzucaliśmy je pisząc sms-a.

Siadamy na ławkę przed dworcem. Tadek uparł się i poszedł się golić, Danka szuka, czym dojechać tak wcześnie do domu, a ja robię nocne zdjęcia dworca. Ilona widzi z oddali, jak siadam na krawężniku i powoli upadam na ziemię. Biegnie do mnie przerażona – zawał. A ja się śmieję. Usiadłem, aby zrobić z niskiego statywu zdjęcie. Ponieważ wyświetlacz aparatu nie jest obrotowy jak w Canonie, muszę się niemal położyć na ziemi, aby w nim cokolwiek zobaczyć. Ilona wzięła położenie to za upadek po zawale. Pośmieliśmy się trochę, ale Ilonie do śmiechu nie było. Za bardzo przejmująca. Wrócił Tadek, wróciła Danka. Marszrutkę sprzed dworca mamy do domu po 6 rano. Zajedziemy w sam raz, aby obudzić Julkę. Tylko Tadek ma opory, aby jechać do Danki. Najchętniej od razu wróciłby do domu. Ale nie ma takiej możliwości, razem przyjechaliśmy, razem po południu wrócimy.

Marszrutka, nie dość, że odjeżdża  20 minut opóźniona, to jeszcze obwozi nas niemal po całym Lwowie i jego obrzeżach jadąc 55 minut. Do domu docieramy dobrze po 7 rano. Julia czeka na nas zapłakana. Była już pewna, że nie wrócimy, że coś się nam stało. Wiedziała, że przyjeżdżamy o 5 rano. Gdy po 6 rano nas nie było, dzwoniła na nasze komórki, lecz jak wspomniałem, wszystkie się rozładowały. Zadzwoniła na dworzec. Tu jej powiedzieli, że pociąg przyjechał planowo. Zaczęła sobie wyobrażać najgorsze, a że jest wrażliwa, nie miała z tym trudności. Dobrze, że niedługo weszliśmy do domu, bo mogło być nieszczęście. Jak to się mówi – wszystko dobre, co się dobrze kończy. Nasza wyprawa zakończyła się dobrze.

Zakończenie.

Wyprawa nasza dobiegła końca. Chyba była udana, przynajmniej mi się tak wydaje. Poznaliśmy Ukrainę nie tylko poprzez pryzmat Lwowa, ale znacznie dalej. Ukraina w ciągu ostatnich lat zmienia się nie do poznania. Gdy tam jeżdżę, to z każdym rokiem widzę zmiany na lepsze, kraj jest ładniejszy, bardziej zadbany. Ukraina goni Europę. Ma jeszcze dosyć daleką drogę, ale się zbliża.

Pogodę na tę wycieczkę mieliśmy wymarzoną. Zaraz po naszym powrocie popsuła się znacznie, ale nam dopisała. Myślę, że w miejscach, gdzie byliśmy słońce nadal praży, ale u nas jest przyjemniejszy chłodzik i deszcz, szczególnie po spiekocie, której doświadczyliśmy. Odwiedziliśmy miejsca, gdzie pochowani są moi przodkowie, gdzie rodzina spędziła wojnę. Panuje tam bieda, ale taka jest prawda. Kiedy polepszy się w miejscach gdzie byliśmy – chyba nieprędko. Tam jest jeszcze XIX wiek. Nie myślałem, że zobaczę takie miejsca, taką biedę, na własne oczy. Nie myślałem, że moja rodzina spędziła wojnę w aż tak ubogich warunkach. Jednak podróże kształcą. A to, co człowiek zobaczy na własne oczy utkwi na dłużej w pamięci niż to, co usłyszy z opowiadań. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę na Besarabii. Wiem, że tam byłem i chociaż trochę ją poznałem.

Gdybym miał jeszcze raz jechać na taką wyprawę, jechałbym teraz samochodem. Diabeł nie jest taki straszny, na jakiego wygląda. To, że na Ukrainie są złe drogi to lekka przesada, szczególnie, jeśli zna się na co dzień drogi polskie. Nie jest dużo gorzej niż u nas, a ruch jest na nich znacznie mniejszy. Gorzej wyglądają drogi boczne, wiejskie, te, które są mało używane. Ale po tych jeździliśmy naprawdę mało. Większy ruch jest w miastach, a te rządzą się na Ukrainie swoimi prawami. Tu pieszy nie ma większych szans ani na jezdni, ani na przejściu. Sam musi odskakiwać samochodom, jeśli nie chce być rozjechany. Gdy we Lwowie przepuszczałem przed sobą pieszych – trąbiono na mnie i pukano się w czoło. Takie tu panują zwyczaje. Ale i to z czasem się zmieni, chociaż może nieprędko.

Komentarze (1)

  1. KresySyberia:

    Panie Zbyszku będę wdzięczny za pilny kontakt mailowy w sprawie Pańskiej wyprawy do Besarabii - tekst przeczytałem z wielkim zainteresowaniem, mam kilka ważnych pytań w związku z realizacją projektu naszej Fundacji (www.Kresy-Syberia.org) na tych terenach w najbliższym miesiącu. POzdrawiam, K.Hoffmann, Fundacja Kresy-Syberia

Zostaw komentarz

Uwaga: komentarze są moderowane. Jeżeli Twój nie pojawi się od razu, nie wysyłaj go ponownie.