Mój blog foto

Kalendarium

Listopad 2018
P W Ś C P S N
« wrz    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Kategorie

Archiwum

Nasza-Klasa.pl

Moje Linki

Dłuuugi majowy weekend. Lwów i Bieszczady.

18 maj 2012. Autor: zbistel

Wróciliśmy z dalekiej podróży. Dosłownie. Razem z Krysią i Piotrem, z Bogusią i jej Piotrem, ze Stasią oraz z moją żoną wyjechaliśmy na tydzień. W planie mamy czterodniowy pobyt we Lwowie oraz dwa dni w Bieszczadach, w Komańczy. Plan został zrealizowany w całości. A oto szczegóły.

Piotr (ten Bogusi, nie Krysi) ofiarował się jeszcze przed wyjazdem, że będzie naszym kierowcą. Od tego wszystko się zaczęło. To on wspólnie z Bogusią wymyślili i zaproponowali nam i Krysi ten wyjazd zaznaczając, że biorą na siebie wszystkie kwestie związane z transportem (samochód, kierowca). Oczywiście zgodziliśmy się na to bez wahania, tym bardziej, że wspólnie z Iloną planowałem w sierpniu lub wrześniu odwiedzić kolejny już raz to piękne ukraińskie miasto.

Wyjeżdżamy 27 kwietnia o 18,00. Piotr prowadzi, my opowiadamy głupoty, aby lepiej mu się jechało, aby go zabawiać, aby z nudów nie zasnął. I to się udało. Dojechaliśmy do granicy w Medyce cali i zdrowi, a jeszcze w tzw. międzyczasie zwiedziliśmy przepiękny Sandomierz. Szkoda, że w środku nocy, szkoda, że tylko pobieżnie, ale warto było. Teraz to miasteczko znam nie tylko z telewizji i filmu o ojcu Mateuszu, ale z własnego doświadczenia. Warto byłoby zobaczyć to miasto w dzień i dłużej. Jesteśmy jeszcze w miarę młodzi, wszystko jeszcze przed nami, wciąż mamy na to szansę.

Rano granica w Medyce. Baliśmy się jej trochę, a nade wszystko kolejek i godzin oczekiwania na odprawę. Poszło w miarę sprawnie, bo 2 godziny na granicy ukraińskiej to dosyć dobry wynik. Po następnej godzinie jazdy jesteśmy we Lwowie. Ale ukraińskie drogi to makabra. Kto był ten wie, kto nie był, na ogół słyszał o nich, ale trzeba przekonać się osobiście, że po Lwowie najlepiej poruszać się tramwajem lub marszrutką. Samochodu szkoda.

Od dworca kolejowego prowadzi nas na Łyczaków taksówkarz, gdyż Lwów jest tak rozkopany iż nie sposób przejechać, ja w każdym razie tego się nie podjąłem. Po przywitaniu z Danką, z Julką, Dimą i Witalikiem Danka zawozi nas na naszą kwaterę - wynajęte mieszkanie od swojej znajomej w pobliżu kościoła św. Antoniego na Łyczakowie. Cena – 20 zł od osoby za noc. My zadowoleni, gospodarze również. I o to chodzi. Po krótkim odpoczynku, po wymianie walut i zorientowaniu się w cenach napojów (nie zawsze chłodzących) wracamy do Danki, zaprosiła nas. Piotr zostawia u jej sąsiadów  samochód na czas pobytu tutaj, szkoda go na tutejsze drogi. Samochód stoi za płotem i solidną bramą, wydaje się być bezpieczny. I był do końca. Trochę nam głupio, że Danka zaprasza nas na posiłek, nie tak miało to wyglądać. Mieliśmy zamiar sami, we własnym zakresie się utrzymywać . Po jedzeniu, po kawie i herbacie czas wracać na swoją kwaterę, jesteśmy wszak dosyć zmęczeni. Ale cała noc przed nami, damy radę odpocząć, jutro znowu czeka nas ciężki dzień. Jeszcze nieduże zakupy w sklepie i czas do domu, odpoczywać. Przed snem próbujemy jeszcze wyrobów ukraińskiego monopolu spirytusowego. Są te wyroby tanie i, można rzec – wyborowe, czy raczej wyborne.

Niedziela 29 kwietnia 2012. Czas na zwiedzanie Lwowa, większość z nas jest tutaj po raz pierwszy. Przed południem umówiliśmy się z Danką, będzie nas oprowadzać po mieście, które dobrze zna, a przy okazji ciekawie opowiada jego historię. Danka dociera do nas przed jedenastą. We Lwowie jest cała masa starych, XIX i XX wiecznych kamieniczek (większość z nich wymaga remontu), jest mnóstwo kościołów, cerkwi, kapliczek, restauracji, pubów, kawiarni. Trzeba mieć niezłą kondycję, aby poznawać Lwów. Nam jakoś się ta sztuka udała. Dzień zleciał nam szybko, ale był męczący. No cóż, bez pracy nie ma kołaczy. Zwiedziliśmy zabytkowy rynek w centrum, pobliskie zabytki, katedry - łacińską i ormiańską, kaplicę Boimów, cerkiew uspieńską, masę zaułków i uliczek. Zobaczyliśmy Uniwersytet, następnie przeszliśmy się ulicą Kopernika do pomnika Mickiewicza. O zdjęcia tej ulicy prosił mnie kolega z pracy, on tu się urodził, ale mając roczek wyjechał stąd wraz z rodzicami i nigdy więcej tu nie był. Nie wie nawet, pod jakim numerem domu mieszkali, a musieli uciekać w 1945 roku przed NKWD tak szybko, że jego mama zostawiła na kuchence gotujące się jaja. Gdybym wiedział gdzie mieszkał, zrobiłbym tam kilka zdjęć, a tak starałem się fotografować całą, długą ulicę Kopernika. Długą i piękną ulicę, trzeba to jej przyznać. To przy tej ulicy stoi pałac Potockich, gdzie przed laty mieścił się Pałac Ślubów.  Ulica Kopernika wychodzi na wprost pomnika Adama Mickiewicza, dalej Prospektem Swobody (dawne Wały hetmańskie) dochodzimy do samego serca Lwowa, do pięknego gmachu Opery lwowskiej. Zdziwiłem się kiedyś będąc w Odessie, gdy zobaczyłem tam budynek niemal bliźniaczo podobny do tego gmachu. Okazało się, że oba budynki projektował ten sam człowiek – Zygmunt Gorgolewski, oba też powstały na przełomie XIX i XX wieku. Tym razem udało się nam to, co mi nie udało się przez kilka ostatnich lat – zwiedzić ten wspaniały gmach Opery od środka. A było co oglądać. Niedawno Opera została odrestaurowana nie tylko zewnętrznie, ale również wewnątrz. W środku widać dawny blask i przepych, ściany, sufit, loże opływają złotem i pięknymi malowidłami. Lustra i rzeźby dopełniają widoku. Gmach Opery lwowskiej to kawał historii tego miasta. Po zwiedzeniu Opery czeka nas jeszcze chwila zakupów na uroczym targu w centrum miasta, na wernisażu. Tu sprzedaje się rzeźby, obrazy, rękodzieło itp., słowem kultura. Następnie piechotą wracamy do domu na krótki odpoczynek. Po nim – do Danki. Znowu zrobiła kolację, znowu jesteśmy zaproszeni, znowu idziemy, bo trudno oprzeć się ukraińskiej gościnności. Po kolacji Dima odwozi swoim samochodem dziewczyny do domu, ja z Piotrami idziemy piechotą. Po drodze wstępujemy do sklepu spożywczego, aby się ochłodzić, wszak od rana jest upalnie. Jesteśmy nieco zdziwieni, że w niedzielę o tej porze sklep jest otwarty. Okazuje się, że możemy nie tylko wziąć piwo, ale i coś mocniejszego. No to bierzemy i siadamy przy stoliku, sprzedawczyni przynosi nam kieliszeczki, zamawiamy jeszcze jakiś sok. Zdziwienie, bo u nas o takim podejściu do klienta możemy tylko marzyć. I nieraz marzymy, ale na marzeniach się kończy. Spokojni i mocno weseli wracamy do domu. Ja jeszcze wychodzę kupić Ilonie sok malinowy do piwa, bo inaczej go nie pije. Soku nigdzie nie ma, obszedłem kawał ulicy łyczakowskiej i nic. Zmęczony wstąpiłem na piwo „Pod rondelkiem”. Nagle wpada Ilona z Piotrem i z krzykiem do mnie. Co się stało ? Okazuje się, że siedząc w domu czas inaczej biegnie niż na mieście, znacznie wolniej. Nie mogąc się mnie doczekać, denerwując się poszli mnie szukać. I znaleźli w knajpie. Oberwałem wtedy za swoje. Nawet kelnerzy byli zdziwieni tym krzykiek w obcym dla nich języku, nie wiedzieli o co chodzi. Ja w każdym bądź razie w czasie tego pobytu „Pod rondelek” już nie wstępowałem.

Nazajutrz od rana idziemy razem z Danką do miejscowego skansenu, do muzeum architektury i kultury wsi. Też już tu byłem i wiedziałem, że to miejsce trzeba zobaczyć. Tym bardziej, że dzień znowu zapowiada się upalny, a zwiedzając to muzeum czujemy się jak na wsi. Są tu nie tylko stare zabudowania, domy czy stodoły, ale jest również szkoła czy cerkwie. Przedpołudnie zleciało błyskawicznie, czas udać się do miasta, czas na obiad. Dzisiaj zaprosiliśmy Dankę na obiad do restauracji, Danka miała tylko wybrać odpowiedni lokal. I uczyniła to. W lokalu tym nieco zaszaleliśmy, ale w końcu po to tu przyjechaliśmy. Po smacznym obiedzie na chwilę do domu, krótkie zwiedzanie okolicy i na grilla, którego przygotował Dima z Julią. Impreza miła i przyjemna, jedzenia mnóstwo. Gospodarze robią co mogą, aby miło zleciał nam czas. Doceniamy te starania ale Piotr z Bogusią i Stasią nie siedzą zbyt długo, Piotra boli żołądek i wcześniej wracają do domu. My po grillu siadamy jeszcze na podwórku u Danki na wieczorne rozmowy, jest ciepło, miło i  przyjemnie, nie chce się wracać, ale czas niemiłosiernie szybko leci. Danka odprowadza nas później prawie pod dom. Noc znowu szybko nadchodzi, codziennie wieczorem padamy z nóg, zwiedzanie męczy.

1 maja, święto pracy. My jednak nie świętujemy. Ja zostaję w domu (kłopoty żołądkowe), reszta idzie (oczywiście, z kim? Z Danką) na Wysoki Zamek, lwowskie wzgórze, skąd rozciąga się przepiękny widok na Lwów. Zdjęcia, pamiątki i dalej zwiedzać. Ja dołączam do reszty i po postoju na placu przy arsenale, gdzie Piotr Bogusi kupuje rosyjską czapkę wojskową i odznaczenie radzieckie (bardzo z tych przedmiotów był zadowolony)idziemy do cerkwi św. Jura. Piękne wnętrze, przecudny kościół, jeden z najpiękniejszych we Lwowie. Jesteśmy jednak już wyczerpani. Wszyscy jadą - gdzie? Do Danki. A ja jeszcze podskoczyłem na wernisaż, ryneczek z pamiątkami, dokupić to, czego mi zabrakło wcześniej -  drewnianego kufla do piwa i pamiątek dla rodziny. Bo jutro z rana wyjazd do Polski, nie będzie czasu na zakupy. Danka z Julią znowu przygotowały posiłek, już nam głupio tutaj przychodzić. Typowa polska gościnność. Danka już taka jest, wszystkich musi ugościć. I jej córka jest taka sama, wiadomo, geny.

Nazajutrz wstajemy w miarę wcześnie, Piotr idzie tradycyjnie po bułki, robimy śniadanie. Jeszcze ostatnie zakupy w sklepie spożywczym i jesteśmy spakowani i gotowi do drogi. Jedziemy pożegnać się z naszą przewodniczką lwowską. Okazuje się, że Dima swoim samochodem wyprowadzi nas z miasta, abyśmy nie pobłądzili. Danka, Julia i Witalik jadą również. Po drodze oglądamy z daleka stadion na EURO 2012 (to już za miesiąc), ale końca robót wokół stadionu jeszcze nie widać. Zdążą? Twierdzą, że tak. Zobaczymy już 8 czerwca.

Żegnamy się ze wszystkimi, dziękujemy za bardzo, bardzo miłe przyjęcie, za opiekę, za trud, jaki wszyscy włożyli w to, abyśmy byli zadowoleni. Jeszcze buziaki na drogę i odjeżdżamy do granicy w Medyce. Po godzinie przekraczamy ją niemal z marszu. Jesteśmy znowu w Polsce. Kierunek – Bieszczady. Nie spieszymy się, mamy czas. Po drodze Piotr i Bogusia pokazują nam ciekawe rzeczy na bieszczadzkiej trasie, jako że byli tu już nie raz. Zjadamy smaczny obiad i przed wieczorem docieramy do Komańczy, gdzie w schronisku PTTK mamy zamówione dwa noclegi. Dostajemy dwa pokoje z zastrzeżeniem (uzgodnionym wcześniej telefonicznie), że drugą noc spędzimy tylko w jednym z tych pokoi. Oczywiście cena będzie niższa. Wyszło nam to w sumie po 50 zł. Od osoby za dwie noce. Też nieźle. Ale przekonaliśmy się, że gdyby Krysia nie załatwiła wcześniej tych noclegów, nie mielibyśmy gdzie spać. Tylu turystów, ile było w ten majowy weekend, Bieszczady jeszcze nie widziały. Piękna pogoda, mnóstwo wolnego wystarczyło do tego, aby pobić rekord frekwencji. Piszę to nie całkiem serio, ale tak było. Po przyjeździe poszliśmy jeszcze (całkiem blisko)zobaczyć klasztor, w którym był więziony przez komunistów kardynał Stefan Wyszyński. Wewnątrz nie byliśmy ze względu na to, że było już zamknięte. Jeszcze tu wrócimy. Wieczorkiem posiedzieliśmy przy kieliszeczku ukraińskiego trunku opowiadając sobie ostatnie przygody i znowu zmęczeni idziemy nie tyle spać, co padamy na łóżka ze zmęczenia. Dobrze, że już niedługo kończy się ten wyjazd, w końcu sobie odpoczniemy. Tylko Piotra czeka jeszcze ciężki kawałek chleba, obwieźć nas jutro po okolicy, a pojutrze zawieźć do domu. Za to będziemy mu polewać większe porcje wspomnianego trunku, który zresztą bardzo mu smakuje. Nie tylko zresztą jemu, ale nam wszystkim.  A pod naszymi drzwiami wieczorem, gdy już leżymy w łóżkach turyści, którzy wrócili ze szlaku z gitarą pokazują tu do czego służy ten instrument. Młody człowiek pięknie gra i śpiewa. Wydawałoby się, że taki koncert pod drzwiami, gdy chcemy zasnąć przeszkadza. Było wręcz odwrotnie. Ja w każdym bądź razie zasnąłem szybciej, niż muzyk zakończył swój koncert.

Wstajemy znowu wypoczęci i zadowoleni z życia bo pogoda nie odpuszcza. Znowu zapowiada się piękny, upalny, słoneczny dzień. Wstajemy i zmieniamy pokoje, aby po powrocie mieć to już z głowy. W tym momencie nikt nawet nie przypuszcza, że w trakcie dzisiejszej wycieczki solidnie zmokniemy. Ale po kolei.

Piotr wiezie nas, pokazując okolicę i ciekawie o niej opowiadając, do Majdanu, na stację kolejki wąskotorowej. Przyjechaliśmy tu wcześniej, aby kupić bilety na pierwszy kurs tej bieszczadzkiej kolei. Niestety, przed samym okienkiem okazało się, że biletów na ten kurs już nie ma. Kupiliśmy na następny, krótszy, do Przysłupia, 45 minut jazdy w jedną stronę i powrót. I dobrze, gdyż czas jazdy uroczymi wagonikami z lokomotywą spalinową (wszystko pięknie utrzymane, wymalowane, zadbane) był wystarczająco długi jak na tego typu wycieczkę, Dłużej nudzilibyśmy się oglądając w kółko las i drzewa. Po przyjeździe w samochód i krótka decyzja – Solina. Jeszcze tam nie byłem, super. Po drodze obiad w znanym Piotrowi i Bogusi zajeździe artystycznym, gdyż wokół były tylko galerie i wystawy – książek, obrazów, rzeźb, rękodzieła. No i jadłodajnie. Mnóstwo wrażeń, jeszcze więcej ludzi. Wiadomo, długi, majowy, ciepły weekend. Miły zakątek, czas szybko zleciał. Kasa też.

Solina przywitała nas deszczem, ale krótkim, lecz solidnym, z piorunami. Poszliśmy na zaporę. Ileż tam poszło betonu i stali? Potężna konstrukcja, ale ileż ona musi wytrzymać naporu wody. Ogrom. Podczas tego spaceru zmokliśmy dosyć dobrze, ale że było nadal ciepło nikt nie narzekał. Podczas spaceru po zaporze byłem świadkiem, jak chłopaak oświadczał się w deszczu dziewczynie. Wyciągnął pierścionek, uklęknął i prosił ją o rękę. Ludzie wokół przystanęli i klaskali. Dziewczyna była autentycznie wzruszona i chyba się popłakała. Ale my niestety  w samochód i dalej, jedziemy do schroniska zwiedzając okolicę. Bieszczady są piękne, szczególnie wiosną, gdy przyroda budzi się do życia. Wokół nieskażone lasy, połoniny, ścieżki, przesmyki. I szlaki dla turystów, których tu nie brakuje.

Wieczorkiem znowu kolacja na tarasie i wspomnienia dzisiejszego dnia. I znowu zmęczeni do łóżek. Dzisiaj jednak nikt nam nie gra do snu. A szkoda, bo czekaliśmy na to. Podobno grupa, która wróciła ze szlaku i zamierzała grać, była tak padnięta, że nic z tego nie wyszło. Zdarza się.

Wstaliśmy tradycyjnie już na tej wycieczce około 7. Mycie, sprzątanie, śniadanie. Jeszcze idziemy tylko zwiedzić od wewnątrz klasztor, który dwa dni temu oglądaliśmy z zewnątrz. Kardynał Wyszyński mieszkał tu w spartańskich warunkach, mały pokoik, łóżko, stolik, krzesło. I kapliczka, gdzie się modlił. I tyle. A sam budynek jest okazały i piękny, z opisu wynika, że gościł tu nieraz znamienitych gości. Teraz szybko do samochodu i w drogę. Przed nami około 800 km drogi. Piotr prowadzi, my opowiadamy mu głupoty, aby się nie nudził. I tym sposobem dojeżdżamy do celu. Chociaż jest już 23,30, trudno nam się rozstać. Ale nie ma wyjścia, wszystko co dobre, co fajne i piękne szybko mija. Co brzydkie i złe zresztą też. Dobrze, że wszyscy są zadowoleni i uśmiechnięci, chociaż potwornie zmęczeni. Ale najbardziej dzisiaj zmęczony musi być Piotr, chociaż nie przyznaje się do tego. Ale on jest młody, męczy się wolniej. I tak być powinno zawsze.

Bogusia, Piotr (ten od Krysi), Krysia, Stasia, Ilona przed kościołem św. Antoniego na Łyczakowie. Niedaleko mieszkaliśmy.

A to nasza lwowska kwatera. Mieszkaliśmy na II piętrze, tam, gdzie suszą się ręczniki. Wejście do mieszkania było z tej galerii.

Ja z Iloną i Witalij, wnuczek Danki, syn Julii i Dimy.

Lwów, centrum. Ależ to miasto jest ogromne, ileż tu zaułków, bram, ulic, parków, kawiarni. Gdańsk w porównaniu do Lwowa jest… niewielki.

Jedna z uroczych uliczek, boczna od łyczakowaskiej.

Danka we lwowskim skansenie czy raczej w muzeum wsi i architektury. Na upalne dni przyjemny zakątek Lwowa do zwiedzania.

Piotr, spotkałeś znajomego?

Przepiękne wnętrze lwowskiej Opery. Gmach jest piękny z zewnątrz, przepiękny jest wewnątrz.

Znam dwie ukraińskie Julie. Byłą premier i córkę Danki. Obie są piękne. Która ładniejsza? Ta młodsza?

Julia z Dimą, Witalijem i mamą odwieźli nas na krańce Lwowa, abyśmy nie pobłądzili do granicy. I się udało. Po drodze pokazali nam stadion na Euro. Podobno wewnątrz jest gotowy, ale na zewnątrz to jeszcze nie. Zdążą? Myślę, że muszą.

Bieszczady. Czekamy na podróż koleją wąskotorową. Czyżby maszynista “skoczył se na piwko?” Chyba nie. Chyba graniczące z pewnością. Co tak wszyscy na mnie patrzycie z niedowierzaniem? Tak, tak - maszyniści nie piją, wiem coś o tym.

Trzeźwy maszynista przewiózł nas po uroczych zakątkach Bieaszczad. Wspaniała wycieczka.

Zapora na Solinie. W trakcie jej zwiedzania zaskoczyła nas ulewa, ale że było wręcz upalnie, nikt nie ucierpiał, wszyscy byli zadowoleni.

Klasztor w Komańczy, gdzie w latach 50-tych ubiegłego już wieku przetrzymywany był przez komunistów kardynał Stefan Wyszyński.

Ostatni wieczór w Bieszczadach. Jutro powrót do domu. Szkoda.

Więcej zdjęć z tej wyprawy znajdziesz tutaj:

https://picasaweb.google.com/zbistel/Lwow2012?authkey=Gv1sRgCLzY7s3Xx4yUEg

i tutaj:

https://picasaweb.google.com/zbistel/Bieszczady2012





Kategorie: Bez kategorii, przyroda, rozrywka, znajomi | Komentarze (0) »

Lipiec na mojej działce

15 lip 2010. Autor: zbistel

Co jakiś czas moją działkę odwiedza bocian. Na razie robi to bezinteresownie, no i dobrze. Ale co będzie, jeśli zechce na tej działce zostawić coś? Oby nie, chociaż…Natalka dopomina się braciszka. Bocianie działaj, bo już czas.

Z kolei od tego zwierzęcia Natalka raczej potomstwa się nie doczeka.

Piękny, letni wschód słońca.

Poranna mgła nad Przegaliną.

Nie, nie. To jeszcze nie jesień, ale jeden z niewielu dni gdy nie wieje na działce wiatr i można rozpalić dzieciom ognisko, upiec ziemniaki.

Kategorie: Gdańsk, powszechne, przyroda | Komentarze (0) »

Na działce - Natalka i jej goście.

15 lip 2010. Autor: zbistel

Kategorie: Gdańsk, Rodzina, przyroda, znajomi | Komentarze (0) »

« Wcześniejsze wpisy